niedziela, 21 marca 2010

…przychodzi dziecko do kościoła…

Wielu rodziców wychodzi z założenia że edukację chrześcijańską u swoich potomków krzewić winni od najwcześniejszych lat ich życia. Wtedy to przynajmniej z założenia z takich wcześnie uświadamianych religijnie dzieci wyrosną później prawowici chrześcijanie, co swoim przykładem egzystencji dadzą przykład innym.
Najlepszym na to sposobem jest zabieranie takich oto szkrabów do kościoła.
Tam dziecko ma kontakt bezpośredni z metafizyką, dojrzewa intelektualnie a rodzic ma chwilkę spokoju bo nie musi przez tę godzinę baczyć aż tak uważnie na swą pociechę gdyż przecie znajduje się ona pod opieką Boską.
Tylko czasami niekiedy ta opieka Boska w kościele nie wychodzi wszystkim na dobre…
XXX
Niedziela.
Dzień Pański.
Jak co tydzień wybrałam się do kościoła na mszę świętą.
Co prawda kościół był już nieco dobrze zapełniony, bo w końcu trzeba miejsce siedzące znaleźć wcześniej niż reszta a potem patrzeć z wyższością ze spojrzeniem typu „Ha ja siedzę a wy nie!”.
Niemniej jednak udało mi się znaleźć wolne miejsce w o dziwo prawie pustej ławce, zajmowanej li tylko przez pewnego młodego faceta i najwyraźniej jego synka. Brzdąc miał tak na oko mniej więcej dwa latka.
Nim zaczęłam się zastanawiać czemu w tej ławce takie luzy i czy aby na pewno to nie jakiś podstęp, owe dzieciątko do tej pory siedzące grzecznie na kolanach ojca swego i trzymające w ręku autko jakieś,spojrzało się teraz na mnie z anielską miną, wzniosło w rączce zabawkę do góry i zatrzepotało oczami.
Stwierdziłam wtedy w duchu całkowicie rozbrojona że to istny okaz spokoju i nawet może być mu wybaczone że do kościoła bierze samochodziki.
Tymczasem rozpoczęła się msza i przestałam chwilowo zwracać uwagę na sąsiedztwo z ławki.
Ksiądz nader udanie wyintonował pierwszą pieśń, potem rozpoczęło się czytanie.
Wtem usłyszałam dobiegające obok mnie dziwne odgłosy typu „brum brum, bęc bęc łap łap”.
Spozieram wzrokiem w stronę anielskiego brzdąca i jego ojca.
No tak.
Z aniołka wyszedł diabołek.
Malec znudzony widać monologami religijnymi, zsunął się z kolan rodziciela i pochłonął się całkowicie z urządzaniu wyścigów samochodowych na oparciu ławki i (o zgrozo!) w pobliżu mej torby, którą ot tak nagle zsunął na ziemię.
- Bum! – stwierdził radośnie.
Zdębiałam.
- Szuru bruuuum buuum wrrrrrr -z wysuniętym językiem i wyciągniętymi rękami kontynuował swe wyścigi.
Niczym Robert Kubica lawirował między moją torbą a ławką i klęcznikiem.
Wyłączyłam się  na dobre ze słuchania ojca duchownego, podniosłam torbę i przesunęłam się do krawędzi ławki.
Malec się ucieszył najwyraźniej i znowu do mnie się przysuwa.
- Wrrrrrrrrrrrrrrrrr! – na dodatek zaczął tupać nogami i podskakiwać na klęczniku.
Jego ojciec na to nic. Nawet uwagi mu nie zwrócił.
Chrząkam znacząco.
Spojrzał się wtedy na mnie  ze zdziwieniem, a potem na syna swego z miłością w oczach i dalej bez żadnej reakcji.
Ludzie siedzący przed nami i za nami również chrząkają i odwracają się za siebie.
Tatuś nic.
A  jego synalek nadal swoje.
Po męczącym bieganiu w te i we twe na klęczniku oraz szorowaniu oparcia a także mej biednej torby, zmienił taktykę gry i opuścił ławkę.
Ojciec go tylko poklepał po głowie kiedy opuszczał miejsce siedzące.
I teraz się zaczęło.
-Wrrrrr, bum, wziuuuuu!- na cały kościół.
Dzieciątko bowiem rozpoczęło karkołomne biegi od ołtarza do naszej ławki.
Dopiero teraz tatuś, po delikatnej sugestii księdza z ambony że ktoś się tu najwyraźniej nudzi na kazaniu, zareagował na wyczyny swego potomka.Wstał z miejsca i poszedł po synalka, który chwilę się bawił jeszcze z ojcem w „złap mnie jeśli potrafisz”
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!-dziecko się wydarło z głębi trzewia na niesprawiedliwość losu kiedy w końcu zmęczonemu ojcu udało się go złapać.
Myślałam że znowu przyjdą do ławki i będzie zabawa od nowa, ale na szczęście moje i innych, tata z malcem opuścili przybytek kościelny.
Msza się już potem potoczyła normalnym rytmem ale nikt i tak za wiele z niej nie wyniósł.
Wszyscy bowiem półszeptem zaczęli komentować zaistniałą sytuację i ewentualny powtórzenie się całej akcji znowu kiedyś tam.
XXX
Współczuje ojcu tego dziecka.
Choć swoją drogą z takimi brzdącami nie powinno się przychodzić do kościoła,skoro ich bardziej interesuje zabawianie się w Kubicę niż słuchanie słowa Bożego…
Do religii trzeba dorosnąć.
  

środa, 3 marca 2010

…porozmawiajmy o licencjacie…

Praca licencjacka była z założenia od początku studiowania naszym celem numer jeden.
To do tego celu uczono nas znajomości różnego rodzajów stylów językowych i poprawnego posługiwania się gramatyką ojczystą i jej składnią.
Licencjat.
Wykształcenie wyższe.
Jak to poważnie brzmi.
XXX
Do końca drugiego roku nikt sobie nie brał na poważnie owej pracy pisemnej co ma udowodnić nam i postronnym że zasługujemy na dyplom.
Nawet w pierwszym semestrze już trzeciego roku samo wybieranie tematu do tej pracy było jedynie miłą formalnością.
 Ja swój zmieniałam dwa razy jako że po wstępnej konsultacji ze specjalistą i tu nie mam na myśli mojej promotorki której wszystko jest jedno, uznałam że mój pierwszy temat jest za mądry dla mnie (miałam pisać o Norwidzie).
Nie mniej jednak przysłowiowa nagonka abyśmy się wzięli do roboty i pisania rozpoczęła się w semestrze jaki właśnie rozpoczęłam czyli 6.
Może gwoli słuszności powiem że u innych promotorów ta nagonka się rozpoczęła…
Moja pani promotor wyraźnie traktuje nas z przymrużeniem niebieskiego oczka i twierdzi że co napiszemy to będzie dobre.
Mając takie nastawienie u samego promotora nie dziwota że moja grupa nic nie robi.
Ja jednakże zebrałam się w sobie i usiadłam ambitnie nad mym tematem (teraz wałkuje Mickiewicza Adama).
Siedziałam tak pół godziny i dumam.
Jak tu zacząć to dziadowstwo?
Najbardziej standardowo powinno się zaczynać od tego o czym w ogóle będę lała tu wodę. No dobra to jazda. Góra słowników przede mną pode mną i za mną.
Napisałam pierwsze zdanie.
Czuję się mądra.
Napisałam drugie zdanie, a potem trzecie i czwarte.
Zmęczyłam się.
Na dziś starczy.
  
…jak miło się dowiedzieć z wyróżnionej notki że jestem szmaciarą, panną z kompleksami i głupią lalą…;p
Uwielbiam inteligentne rozmowy z ludźmi na poziomie

sobota, 27 lutego 2010

…czasu brak…

Należą mi się mocne uderzenia pasem po pewnej części ciała.
Blog znowu poszedł na plan drugi, a nawet trzeci.
Na planie pierwszym króluje niepodzielnie już od pół roku randkowanie z M.
Plan drugi to studia i praca licencjacka która prosi się o napisanie wreszcie.
Bądźcie wyrozumiali.
 
…zresztą M. też się leni w blogowaniu;p…

czwartek, 18 lutego 2010

…panna modna…

Pewien zimowy wieczór był.
Stałam sobie na przystanku przed moją uczelnią i czekałam na tramwaj.
Stopni minus dziesięć Celcjusza.
Śnieg padał od samego rana, wiatr sobie hulał jak na zawodach jakiś wietrznych w sprincie dookoła miasta, deszcz siorbił kulturalnie. Razem to wszystko tworzyło piękną mieszankę w sam raz na typowa, polską aurę zimową. Na dodatek jakby tego było mało na drogach zrobiło się urocze błotko które radośnie współpracowalo z przemiękaniem w butach.
Opatulona w gruby, długachny szal, zabezpieczona zimowym paltem do kolan, czapką i bawełnianymi rękawiczkami wcale nie czułam się komfortowo.
Ręce mi przemarzły dogłębnie, nos jakby zaciął się w dostarczaniu tlenu, a zdrętwiałych palców u nóg w zimowych kozakach na grubej podeszwie wcale nie czułam.
Tramwaj się jak zwykle spóźniał.
Wtulałam coraz mocniej nos w szal, ręce w rękawiczkach zaciskałam i otwierałam na przemian a nogami tupałam dla kurażu tak jak robiło ten sprytny manewr sporo ludzi stojących obok mnie.
Wtem zobaczyłam coś co od razu odwróciło moją uwagę od tego że mi zimno jak choroba a wszystkie dotychczasowe rozmowy w pobliżu przystanku prowadzone umilkły nagle.
Oto oczom wszystkich ludzi zgromadzonych na przystanku,ukazała się niespodziewanie pewna panna, na oko lat 16-17, która w kusej cienkiej kurteczce, pantofelkach na obcasiku i spódniczce mini sięgającej ud cała uśmiechnięta i zadowolona z siebie szła sobie dziarsko przez przejście dla pieszych.
Kurteczka koloru białego,podwiewana przez wiatr ukazała kilka centymetrów gołego ciała nieosłoniętego żadną bluzką.
Panna nawet trudu sobie nie zadała by podciągnąć ową kurtkę czy czarną miniówkę. Najspokojniej w świecie konwersowała przez telefon, maszerując przez kałuże w pantofelkach na przekór błotku i kałużom i rzucając zaciekawione spojrzenia na wszystko dookoła.
Jasne jej włosy bez czapki fruwały sobie dookoła jej wypudrowanej twarzy na której to twarzy nie było widać najmniejszych znaków odczuwania zimna.
Normalnie jak robocop jakiś.
Nic nie czuje tylko chodzi i żyje.
Przeszła sobie przez przejście dla pieszych i zniknęła po drugiej stronie ulicy.
Ludzi na przystanku nadal stali jak zahipnotyzowani tym, co przed chwilą widzieli.
Zaczęłam się w tym momencie zastanawiać czy czasem mi się coś nie pomyliło.
Może to dziesięć stopni to wcale nie jest na minusie ale na plusie?
Mój tok myślenia przerwał znienacka pewien starszy pan w grubym futrze i z laseczką do podpierania, który stojąc do tej pory przy wiacie przystankowej z oburzoną miną, zmarszczył teraz groźnie brwi i wycedził przez zęby na tyle donośnie że wszyscy w pobliżu musieli usłyszeć:
-No tak ta dzisiejsza młodzież… Zero oleju w głowie. Za modę gotowi zdechnąć…
I tu się muszę z nim zgodzić…
Bo wątpię szczerze czy owej modnej pannie takie ubieranie się na temperatury minusowe wyjdzie na zdrowie… Jeśli do tej pory jej się udawało to tylko kwestia szczęścia…
  

sobota, 13 lutego 2010

…porozmawiajmy o przyszłości…

Doszłam do wniosku że z M. będziemy w przyszłości wymarzonymi rodzicami potencjalnych naszych potomków.
Zresztą sami oceńcie.
Przytoczę wam zaraz fragmenty pewnych niezwykle elokwentnych rozmów jakie miały miejsce niedawno między mną a M.
1.
M.: Ty, kochanie, musimy mieć i tak dwa oddzielne komputery.
Ja: O dobry pomysł, bo jak będzie jeden tylko to się będziemy ciągle kłócić i sprzeczać.
M:
 Racja, lepiej się nie wykłócać oto. Zatem ja PC chcę, a sama weź laptopa.
Ja: Ale z nas burżuje będą.
M: E tam burżuje. Wygoda musi być. I od mojego kompa wara^^
Ja: A dzieci?
M: A dzieciaki będą miały swój komp. Ale chwila! Niech na dwór spieprzają, mi to na dobre wyszło, im też się przyda.
Ja: Jakżeś to mądrze wymyślił.
M: Będą miały jakieś porządne życie pełne przygód, skaleczeń, brudu. To jest życie! Znaczy ich życie;P
Ja: Hehe ciekawe co swoim kolegom będą mówić. Że nie mają komputera bo tata na nim gra?
M: Że prowadzą zdrowy tryb życia z dala od tej głupiej naszej-klasy i innego burdelu;P
Ja: A jakiś system kar i nagród będzie? Za dobre oceny czy zachowanie?
M:Zawsze jest wyjście. Czy posprzątał pokój, pomógł tobie, wyprowadził psa. Jestem dobrym, wyrozumiałym przyszłym ojcem.
Ja: A jak na wszystko powie tak?
M: To trzeba go wysłać na dziewuchy!
Ja: O zgrozo!

2.
Ja: Dziś mamie się zebrało mojej na wspominki i oglądaliśmy zdjęcia jak byłam malutka. W pewnym momencie tak się patrzy na jedno zdjęcie i stwierdza że jak babcia (czyli jej mama) była w jej (czyli mamy) wieku to już miała wnuki (czyli mnie i mojego brata). I tak się mama na mnie patrzy…
M: Zachciało się przyszłej-niedoszłej teściowej wnuczków?
Ja: O nie nie teraz! Zresztą jaki pożytek z dzieci jest tylko biegają, hałasują i…
M: I komputer zajmują…
 
…prawda że uroczo?…;p

piątek, 12 lutego 2010

…po sesji…

Zdałam, zdałam!
Dziś ostatni egzamin za mną.
Tak więc mogę odetchnąć.
Wszystko pozaliczane, indeks zapełniony ładnymi ocenami, bez żadnej 3.
Czuję się mądra.
Zresztą nie potrzebuję wam o tym mówić bo to wiecie.
XXX
Muszę nieco ochłonąć po tych wszystkich nocach nieprzespanych.
Ale wracam do was wreszcie.
Cieszycie się?
XXX
Co do innych ciekawostek to po staremu.
Z M. stuka nam kolejny miesiąc już nawet nie wiem który.
Zresztą po co liczyć.
Jak dojdziemy do 100 miesięcy bycia razem to się pochwalimy.
  

sobota, 16 stycznia 2010

…kochani…

Muszę zrobić przymusową przerwę w blogowaniu, z racji sesji.
Powoli głupieje czytając książki na egzaminy z trzech epok.
Ale wrócę bez obawy.
Jak tylko zrobi się normalnie.
Tymczasem…
Lekarza!
Najlepiej magicznego;p
Grrr:*
 
…poczekacie na mnie?…