poniedziałek, 12 lutego 2018

Dzień za dniem.

Od feralnego spotkania i łamiącej mi serce rozmowy mijają dwa tygodnie.

Czy jest mi lżej?
Czy zapomniałam?
Czy zobojętniałam?

Ciężko powiedzieć, zwłaszcza, jeśli coś podświadomie przez ponad pół roku czasu brało się za pewnik, któremu poświęcało się każdą wolną myśl i bicie serca, a okazało się być pustym balonikiem bez cennego powietrza...

Staram się nie rozpamiętywać każdej rozmowy czy wymiany wiadomości, dumając bezsensownie, co wtedy mogłam powiedzieć/napisać lepiej, bardziej interesująco, żeby zmienić bieg wydarzeń na ten bardziej przychylny sercu memu.

Ot głupie dylematy...

Powiecie, że na złamane wnętrze najlepsza nowa miłość?
Że świeży związek uleczy stare rany?
Że czas zamknąć przeszłość na klucz?

O ludzie, gdyby tylko tak łatwo było zakochać się na nowo i nie pamiętać.

Normalnie ten, który by odkrył owe panaceum, zasługiwałby na Nobla.







środa, 31 stycznia 2018

Nie ma miłości

Zaczynam się poważnie zastanawiać co u licha jest ze mną nie tak.

Czy mam w sobie jakieś dziwnie oprogramowanie, które każe mi zakochiwać się w tych najbardziej niedostępnych?
Czy moje serce funkcjonuje na zasadzie, a tego i tak mieć nie będziesz, bo ma Cię w poważaniu, to hajże poczuj dreszcze do niego?
Czy mój mózg nie potrafi pojąć, że przeznaczenie i zauroczenie i nieśmiałe budowanie relacji krok po kroku to tylko w bajkach?

Ano dobrze się domyślacie.
Znowu emocjonalnie dostałam po dupie.
I to do szpiku kości, do głębi trzewi, do sedna myśli.

Nie ma nic i nie było.
I nie będzie.

Podobno nie ma sensu nawet próbować.
A wszystko to, co ewentualnie by mogło być, sobie zwizualizowałam/wymyśliłam/dopowiedziałam.

Tak więc po ponad pół roku egzystencji w wizji artystycznej o miłości, przeznaczeniu i Wielkim Zauroczeniu, dostałam zimny prysznic, kawę na ławę, kropkę nad i.

O moja głupia naiwności...

XXX

Tym oto sposobem przestałam wierzyć w miłość.

Wracam do dawnej, wyrachowanej siebie, która nawiązuje relacje związkowe z kimś, kogo po prostu lubi.

Nie ma miejsca na sentymenty.









niedziela, 19 listopada 2017

Regresem

Postawiłam wszystko na jedną kartę.
Jeśli nie teraz to kiedy, mówiłam sobie.
Co mi szkodzi, myślałam.
Lepiej mieć to już za sobą, sądziłam.
Napisałam jako Ja, ta prawdziwa, nie Internetowa, sugerując konieczność rozmowy w cztery oczy.
Zdziwienie, zaskoczenie, niedowierzanie.
Aż wreszcie olśnienie.
Już wie z kim toczył tak namiętne konwersacje…
I co?
Ano bez zmian.
Bowiem z ową wiedzą nie zrobił – nie robi – nic…
Ot raptem kilka sms wyjaśniających, pobieżne ustawienie się na spotkanie „kiedyś tam”.
A potem znowu cisza…
Czekałam.
Dzień, dwa.
Tydzień, drugi.
Aż w końcu powiedziałam sobie dość.
Czas ogarnąć się i otrząsnąć z tego snu.
Bo ile można karmić się słowami z smsów?
Doprawdy, nie mam już sił znowu być stroną inicjującą.
Zmęczyłam się tą walką o zainteresowanie, uwagę, pożądanie.
Zapowiadało się na coś godnego fajerwerków, toastów o północy i okrzyków triumfu na szczytach górskich.
Jak to się skończy?
Tego nie wie nikt…

niedziela, 29 października 2017

W amoku

Słowa i myśli dalej się kłębią we mnie niczym buzujący wulkan w antycznych Pompejach.
Po tamtej długiej przerwie i ciągłym patrzeniu na telefon, w końcu się odezwałeś, ale teraz mijają kolejne dni a Ty znowu milczysz…
Cisza zaczęła się od momentu, w którym zaproponowałam spotkanie.
Bo tak chyba by było najlepiej – w końcu zrzucić namiastkę Internetowej anonimowości, przyjąć na klatę fakt wcześniejszego zatajenia tożsamości i stanąć z Tobą twarzą w twarz, konfrontując te wszystkie kłębiące się emocje i niedokończone zdania.
Byłam przekonana, że podejmiesz wyznanie i wreszcie to co było nienazwane, stanie się faktem dokonanym tu i teraz.
Nie wiem więc tym bardziej jak interpretować ową ciszę z Twojej strony.
Czy to oznaka, że nie chcesz konfrontacji, woląc dalej zachowywać pozór, że nie znamy się na żywo?
Czy też stwierdziłeś, że dalsze działanie jest bez sensu i lepiej wszystko zamknąć, zanim się tak naprawdę zaczęło?
A ja płonę sama w sobie, przygnieciona i przytłoczona tym wszystkim…
Bo czuję, że to te prądy, te dreszcze, to gorąco nie były wytworem mojej wyobraźni, tylko czymś prawdziwym, czymś co zostało wskrzeszone i odrodzone z popiołów…
Nie możesz teraz pozwolić na to, by to wszystko poszło na marne…
Nie tym razem…

poniedziałek, 25 września 2017

Gdzie jesteś...


Ile razy jeszcze się przekonać muszę, że kierowanie się emocjami jest złudne i nikomu niepotrzebne?
Ile razy będę żałować, że wyszłam ze swojej skorupy tak po prostu, zwyczajnie uzależniając się od kogoś?
Ile razy mam powtarzać sobie, że to rozum, zdrowy rozsądek, chłodna kalkulacja, nie uczucie powinny mnie prowadzić przez życie?

Ano chyba nie nauczę się nigdy.
I zawsze będę dostawać kopa prosto w serce.

Ewidentnie, bezczelnie, nieświadomie zauroczyłam się bowiem kimś, kim nie powinnam się była nawet zainteresować.
Ot powinien być on po prostu znajomym znajomej i tyle.

Ale nie.

Te namiętne wiadomości wymieniane przez cały sierpień wytrąciły mnie kompletnie z równowagi sprawiając, że straciłam głowę.
I równowagę pod stopami.

A dreszcze i motylki w brzuchu zaczęły żyć swoim życiem, nie słuchając się mnie ani przez chwilę.

Nie mogłam myśleć o nikim ani niczym innym tylko o nim.
I czekałam jak głodny pies na kość na kolejne wiadomości od niego...
Na te kilka choć sms, które rozjaśniały mi dzień...

Ale słońce szybko zaszło za chmury i znów wszystko poszarzało, gdy nagle ni z tego ni z owego nastała cisza.
Głucha.

Odezwałam się raz, drugi i nic...
Pewnie zajęty, pewnie zapracowany, pewnie zmęczony.
Myślałam.

Ale oto mija już prawie półtora tygodnia braku odzewu z jego strony.
A ja chodzę jak struta i pijana beznadziejną tęsknotą, pytając się sama siebie po co mi to wszystko było...

wtorek, 1 sierpnia 2017

Jak to ze mną bywa


To było do przewidzenia.
To było wiadome.
To było jak gotowa do odpalenia bomba z zawleczką.

Wiedziałam przecież i wiem to od zawsze, że prędzej czy później moja ukryta na pozór natura łowcy da o sobie znać...

Ale dlaczego akurat teraz wybrała sobie ów drugi obiekt do upolowania, gdy na pozór w tej relacji jaką mam obecnie, jest stabilnie, dobrze i jestem szczęśliwa?

Tego nie umiem pojąć.
Nigdy nie umiałam.

Ot jak ptaki automatycznie wylatują z Polski do ciepłych krajów, łososie wracają na pierwotne targowiska, pająki bezwiednie tkają sieć, tak u mnie to całkowicie naturalne, że jeśli jakiś nowy, ciekawy obiekt męski pojawia się na horyzoncie, to go muszę mieć.

Bo kto jak nie ja?

I oczywiście musiałam się odezwać pierwsza, zaczynając całą znajomość.

Od słowa do słowa, od sms do sms, od zagadek do dwuznaczności nagle, niespodziewanie poczułam dziwną więź z osobą, którą jeszcze - co najlepsze - nigdy na żywo nie widziałam.
Za ową więzią - jakby to było zupełnie naturalne i wcale nie niepokojące - poczułam uśpione od ponad roku przysłowiowe motylki w brzuchu i dreszcze niepokoju...

A cały paradoks polega na tym, że on kompletnie nie ma pojęcia z kim wdał się w dyskusje.
Że tak naprawdę zna mnie, choć jako zupełnie inną osobę...
...bo okazało się, że mamy wspólnych znajomych.

Czuję się zgoła dziwnie i nie wiem co w tej sytuacji robić mam...

Wmawiam sobie i powtarzam, że ta chemia i prądy nie znaczą nic, że to tylko chwilowe, że muszę się uspokoić, zająć obecnym związkiem i wszystko mi przejdzie.

Ale - póki co - nie przechodzi...


sobota, 1 lipca 2017

A na imię było jej Śmierć…

Śmierć…
Nikt przed nią nie ucieknie.
Nikt jej nie stawi czoła.
Nikt jej pokonać nie może.
Nie znamy dnia ani godziny, kiedy przyjdzie po nas.
Czasem dzieje się to szybciej, czasem wolniej.
Wypadki drogowe, katastrofy lotnicze, udary, wylewy, nowotwory, czy wreszcie zwykła starość.
Czy tak naprawdę mamy 100% pewności, że przechodząc na zielonym świetle, nie zginiemy pod kołami jakiegoś pędzącego szaleńczo samochodu?
Albo pociąg, którym jedziemy na ważne zebranie, czy mamy gwarancję, że się nie wykolei za zakrętem?
Lub też czy wiemy na pewno, że te bolące stawy to zwykłe przeziębienie, a nie objawy np. choroby nowotworowej kości?
Każdy, kto się urodził – umrze.
Niby banał znany każdemu od zarania pokoleń, ale jednak… ciężko się do tej prawdy przyzwyczaić, gdy dotyka kogoś z naszych bliskich…
XXX
Dlatego też, gdy w tym tygodniu dowiedziałam się, że nasza Babcia od strony Taty nie żyje, początkowo nie mogłam w to uwierzyć…
Wydawało mi się, że to jakiś głupi kawał, niemądry psikus, że za chwilę usłyszymy dzwonek telefonu, a po drugiej stronie słuchawki lekko kpiący głos mówiący nam o tym, że truskawki na działce ładnie obrodziły, ale za to szpaki paskudy wszystkie czereśnie co do jednej zeżarły…
Zaraz jednak po tym jak o tym pomyślałam, smutna prawda dotarła do mnie jak kujące igiełki mrozu zimowego…
Babcia od ponad pół roku do nas już nie dzwoniła… i nie zadzwoni.
Na początku stycznia, gdy były takie silne mrozy, Babcia wracając z osiedlowego bazarku poślizgnęła się na lodzie, dostając ciężkiego udaru, który z silnej, i pełnej życia osoby, zrobił niezdarną do życia marionetkę…
Wszyscy myśleli, że to już wtedy na Babcię przyszedł kres…
Że to już pora na pożegnanie…
Ale wbrew wszystkiemu i wszystkim, Babcia nie poddała się.
Zacieknie walczyła o przełknięcie każdego łyku zupy, cierpliwie przyjmowała lekarstwa, żartując, że jeszcze nam wszystkim pokaże…
Tak bardzo chciała wrócić wrócić na wiosnę do swojego ogródka…
Tak bardzo chciała zostać z nami dłużej…
Tak bardzo chciała żyć…
Jej organizm miał jedna inne plany.
Marniał z dnia na dzień, tracąc siły do walki… aż wreszcie tego feralnego poniedziałku poddał się.
XXX
Dowiedzieliśmy się, że Babcia zmarła o 6 rano.
Pielęgniarka znalazła Ją leżącą w łóżku z uśmiechem na ustach i wypisanym spokojem na Jej zastygłej twarzy.
Bardzo chcę wierzyć, że umarła we śnie, niczego nie świadoma, że z jednej formy życia, przechodzi do drugiej.
Wiecznej.
Spokojnej.
Szczęśliwej.
Pozbawionej bólu i cierpienia.
XXX
Pisząc ten post płakałam jak bóbr.