niedziela, 16 marca 2014

Refleksja liryczna

Niech przeszłość
zginie
i przepadnie
a serce zapomni co to lęk,
Tak…
A teraz,
niech niebo
spadnie
na mnie
tysiącem oczu
Twoich…

czwartek, 27 lutego 2014

W otchłani błękitu…

Zawsze miała słabość do niebieskiego.
Lazurowe niebo o poranku, okalające świat wzdłuż i wszerz.
Przejrzysta woda w strumieniu górskim, chłodna, nieskalana żwirem czy piaskiem.
Niebieskawe krople rosy na liściach paproci w zagajniku wiejskim.
Niebieski lakier do paznokci i niebieskie ubrania.
I jeszcze na dodatek pojawiły się te Oczy.
Głębokie, przejrzysto-lazurowe, o spojrzeniu, które napawa raz dreszczem, raz niepewnością.
Wzrok, który śni się jej po nocach i prześladuje za każdym krokiem, o każdym czasie i miejscu.
Wzrok, którego szuka w innych przechodniach…
Spojrzenie, które chce rozgryźć, ale które nadal jest dla niej tajemnicą…

piątek, 14 lutego 2014

O Walentynkach krótka refleksja…

Walentynki.
Święto miłości, słitaśności i… wielkiego szału.
Już nawet bowiem i po stronie startowej Google widać, że dziś nastał ów wspaniały dzień.
Wszędzie serduszka, kwiatuszki i zakochane pary.
Patrzące sobie w oczy, uśmiechające się do siebie.
Czułe słówka, wyznania…
Tak.
Cudownie.
Ja nie jestem zwolenniczką epatowania wszem i wobec, że kogoś kocham.
Nie potrzebuję do tego jakiegoś specjalnego święta, aby coś takiego celebrować. Zresztą , patrząc na moje – pożal się świecie – wielce tragiczne miłostki, jakoś w sumie nie miałam nigdy dane by w pełni cieszyć się tym 14-stym dniem miesiąca lutego.
Może gdyby to był Ten Jedyny Cudowny Wymarzony, może wtedy by było inaczej.
Może bym i ja radowała się tymi czerwonymi serduszkami i amorkami.
Może bym była wreszcie ukojona na duszy i w sercu…
Niestety wciąż nie mogę znaleźć sobie uczuciowej stabilizacji i latam z kwiatka na kwiatek w męskim sadzie.
Ciągle mi czegoś mało i ciągle szukam nowych doznań…
Kolejny kolega, kolejny przyjaciel.
Wielka miłość?
Dobre sobie…
Chciałabym się ogarnąć uczuciowo, ale nie mogę.
Nie potrafię.
Taka moja natura?…

wtorek, 28 stycznia 2014

Jak czesać długie włosy?

Dziś będzie nietypowo. Dziś będzie kosmetycznie.
Jestem posiadaczką długich włosów. Zapuszczane z troską od ponad roku, sięgają mi obecnie prawie do talii. Od zawsze chciałam takie mieć i mimo, że nie jest łatwo się takimi długimi włosami zajmować, to nie zamieniłabym je na żadne inne.
Jak wygląda u mnie rytuał mycia i czesania?
Przede wszystkim potrzebny mi jest dobry grzebień. Używam takie z szeroko rozstawionymi ząbkami, aby delikatnie acz stanowczo, pomógł mi rozplątać największe kołtuny.
Opiszę dzień z mycia włosów (a), jak i dzień bez mycia włosów (b).
Zasady czesania podczas podczas porannego mycia (a):
1. Przed myciem delikatnie dzielę włosy na dwie części i zaczynam rozczesywanie. Najpierw część górna (włosy do ucha) potem część dolna ( włosy od ucha), co by zniwelować kołtuny.
2. Po umyciu, mokre włosy rozczesują metodą tzw. głowy w dół. Czeszę tylko dolną część, górnej części nie tykam.
3.  Zaczynam suszenie chłodnym nawiewem, podczas którego włosy przeczesuję palcuma.
4. Gdy kudły są już suche – ostrożnie powtarzam procedurę czesania, według podziału włosy na dwie części z ptk. 1
5. Rozczesane włosy związuję w kitę, w której paraduję cały dzień. Kolejne czesanie odbywa się dopiero wieczorem, przed pójściem spać, według znanego już Wam schematu (podział włosów do czesania na część górna i dolna).
Zasady czesania w dniu bez mycia (b):
1. Przed wyjściem do robocizny czeszę włosy tak jak w ptk. 1 w dniu z myciem.
2. W pracy powtarzam powyższą czynność dwukrotnie – jeśli chodzę w rozpuszczonych, lub jednokrotnie – jeśli chodzę w związanych.
3. Po powrocie do domu, przed spaniem, znowu robię to samo.
Podsumowując: moje włosy są czesane około 3 razy dziennie.
Więcej nie mam potrzeby ich męczyć.
A Wy jak często czeszecie swe kudły?
Macie jakieś specjalne patenty grzebieniowo-szczotkowe?

niedziela, 12 stycznia 2014

Miód, cytryna i czosnek, czyli naturalny lek na przeziębienie.

Dwa tygodnie temu dopadło mnie masakryczne przeziębienie.
Ot przewiało mnie na Sylwestra.
Katar, kaszel, okropny ból głowy i gardła.
Nic tylko pewnie jakieś początku anginy czy czegoś w ten deseń.
Już miałam utonąć w łóżku i w bólu rozpaczy smarkać i kichać dopóki starczy sił, gdy wtem moja genialna babcia podsunęła mi pewien sprytny plan powrotu do zdrowia.
Mianowicie – kuracja naturalna napojem miód i cytryna, plus czosnek jako przegryzka.
Jako, że nie miałam wiele do stracenia, chyba tylko wirusy, podjęłam się jakże – mrożącego krew w żyłach – przedsięwzięcia.
Trzy razy dziennie, przez trzy dni, piłam napój składający się z 3/4 kubka wody przegotowanej, łyżki miody i wyciśniętego soku połówki z cytryny. Do tego kanapka z masłem i pokrojonym na drobno dwoma ząbkami czosnku.
W pierwszym momencie taka dawka witamin – szczególnie moc czosnku – powala człeka z nóg.
W końcu warzywo to jest istną bombą mikroelementową, w tym witamin C, B, a także potasu, żelaza i siarki.
Cytryna to również sroga dawka witaminy C.
Miód z kolei słodko stawia na nogi.
Zaczęłam taką kurację w czwartek, kiedy zaczynałam się czuć beznadziejnie.
W piątek było trochę jakoby lepiej, aczkolwiek dalej mnie gardło bolało.
W sobotę natomiast, gdy wróciłam z roboty, byłam już pełna energii.
A w niedzielę wszystko mi przeszło.
I to wszystko bez zbędnej chemii, proszków na przeziębienie czy zwolnień lekarskich.
Będę sławić pomysł mojej babci, który postawił mnie na nogi.
Teraz, ilekroć poczuję, że coś mnie bierze, zaczynam taką kurację.
I już żadne wirusy mi nie straszne!

piątek, 3 stycznia 2014

Nowy rok, nowy czas

I stało się.
Rok 2013 można zaliczyć do historii.
Jakieś małe podsumowanie minionych 365 dni?
Cóż, przede wszystkim najważniejszy fakt ubiegłego roku, to radosne napisanie pracy magisterskiej w trzy tygodnie, po którym to wiekopomnym zdarzeniu nastąpiła równie szalona obrona. I tak oto Karia zakończyła pięcioletnią edukację na FP.
Po obronie, pora znaleźć dobrze płatną pracę. Tak więc przez trzy miesiące owej roboty szukałam, a gdy takową znalazłam, tak siedzę w niej do dziś. W końcu pierwsza umowa o pracę to już nie żarty, nawet jeśli zajęcie to polega na tzw. mamieniu ludzkich serc i umysłów.
Jeśli chodzi natomiast sferę uczuciową roku 2013 to jest tak jak było, czyli bez zmian. Po kilku bowiem doświadczeniach bolesnych z przeszłości w zakresie wielkiego zakochiwania się, poprzestaję uparcie na związkach opartych na „lubieniu się” i koleżeństwie. I nic jakoś nie wskazuje, aby powyższy zwyczaj miał ulec zmianie.
Jest jeszcze jedno istotne zdarzenie roku 2013, o jakim muszę wspomnieć. To mój wielki powrót do blogowego świata.
Nie powiem, że było łatwo przestawić się na tryb pisania postów po prawie dwuletniej przerwie.
Ale dałam radę, trwam w tym i będę trwała.
Bo słowo blogera ma wielką moc sprawczą i może wirtualne góry przenosić.

wtorek, 24 grudnia 2013

„Nie wyśniłam Cię…”

Myślała, że to już wszystko za nią.
Że jej serce, tak wyzute przez wcześniejsze rozczarowania uczuciowe, nie zdolne jest kochać na nowo.
Że jest i będzie skazana na stagnację miłosną i bycie z kimś z przyzwyczajenia.
Myślała, że się już nigdy nikim nie zauroczy…
I wtedy pojawił się On.
Taki tam.
Ot, kolega z pracy.
XXX
Gdy Go zobaczyła pierwszy raz, nie spodobał się jej.
Zwykły, przeciętny, przemądrzały gość.
Coś na kształt pewnego lovelasa z przeszłości.
Wszędzie Go było pełno, nie sposób było nie słyszeć tego charakterystycznego głosu, śmiechu i docinków.
Zagadywał każdą pracownicę, każdej coś powiedział miłego, pożartował, poklepał po ramieniu i pędził w swoją stronę.
Z nią również złapał kontakt praktycznie od samego początku.
Przekomarzania się, docinki, uśmiechy.
Ale wszystko w ramach koleżeństwa – przynajmniej z Jego strony.
Jej głupie bowiem serce, spragnione działania, reagowało inaczej…
XXX
Zaczęła wyczekiwać na Niego.
Jak w gorączce trwała w napięciu, ilekroć zbliżała się „ta” godzina, kiedy miał przyjść do pracy. Specjalnie wtedy kręciła się w pobliżu, przypadkiem wpadała na Niego i zagadywała.
On czasem napisał, czasem zadzwonił, ot tak po koleżeńsku.
Czuć jednakże było pewne napięcie między nimi.
Ni to chemia, ni to porozumienie, ni to koleżeństwo.
Wszystko i nic.
Ale bez słów.
Ona mówiła jedynie oczami, wpatrzonymi w niego.
On zdawał się jej na to wezwanie odpowiadać.
XXX
Traf chciał, że umówili się razem na pewne koleżeńskie spotkanie w centrum miasta.
Czekała na to z nadzieją, że to być może wreszcie wyjaśni ich dotychczasowe, dziwne relacje…
Ale nic takiego się nie stało.
Pogadali, posiedzieli chwilę w nerwowej atmosferze.
I rozstali się jak para znajomych.
XXX
Po owym spotkaniu sam na sam, On zaczął jej unikać.
Ilekroć widział jej sylwetkę na horyzoncie, odwracał się i szedł w drugą stronę. Przestał ją zagadywać, zaczepiać.
Jakby na złość flirtował na jej oczach z każdą inną dziewczyną z pracy.
Gdy natomiast jakiś cudem udało się jej nawiązać rozmowę z Nim, zbywał ją krótkimi słówkami i ciszą…
A ona?
Cóż mogła zrobić.
Nie miała siły na dalszą walkę.
O uczucie, o wyjaśnienie, o Niego.
Nie wyśniła Go dla siebie.
Poddała się.
Zamknęła się znowu w sobie, by ponownie otulić swoje serce dawną skorupą…
XXX
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe.