piątek, 7 czerwca 2013

Call center, czyli jak z człowieka zrobić parobka…

Dnia wczorajszego miałam rozmowę w moim call center dawnym…
O tym, że jest nabór ludzi na moje stare śmiecie, poinformowała mnie kilka dni wcześniej dawna koleżanka, która ze mną pracowała.
Teraz co prawda już tam nie pracuje, bo nasze dawne zajęcie zostało zastąpione czymś innym, a ona sama zajmuje się teraz naborem nowym osób do tego nowego działu.
Jednakże z jej środowego telefonu wywnioskowałam, że praca byłaby podobna, a nawet lepsza.
To jest – bym dzwoniła tylko do osób, które chcą rezygnować z usług pewnej firmy telekomunikacyjnej, a moim zadaniem jest przekonanie tychże osób, żeby nadal zostały i korzystały z tych usług.
Zajęcie mało ambitne, ale przynajmniej umowa o pracę na czas nieokreślony by była, praca w godzinach normalnych, czyli od rana do wieczora. Soboty, niedziele i święta rzecz jasna wolne.
A dla najlepszych pracowników możliwy dalszy rozwój osobisty i awans na wyższe stanowisko.
Pensja najniższa krajowa na początek, ale prowizje od każdego przekonanego pracownika byłyby naprawdę wysokie i srogo by zasiliły co miesięczną wypłatę.
Stwierdziłam, że powyższe obietnice brzmią obiecujące. Co mi zatem szkodzi spróbować? Zwłaszcza, że usłyszałam ową propozycję od osoby którą uważałam za wiarygodną i nie skorą do przekrętów.
Tak więc nastawiona pozytywnie udałam się byłam na owe pertraktacje finansowe.
Weszłam zatem do środka budynku, gdzie miała mieć miejsce rozmowa kwalifikacyjna. Już przy drzwiach wejściowych uderzyły mnie po oczach – dosłownie – tłumy ludzi, kręcących i szwendających się wokoło z nikłym błyskiem nadziei w oczach, że ta praca im się trafi.
Około 30 osób.
Młodzi, starzy, babcie, dziadkowie…
Oczywiście ja jak to ja nie mogłam siedzieć cicho i pokornie czekać na swoją kolej. Zaraz nawiązałam kilka nowych znajomości prowizorycznych, z których się dowiedziałam, że niektórzy z pretendentów do pracy w call center, są naprawdę zdesperowani. I wcale nie są to osoby z podstawowym wykształceniem i zerowym doświadczeniem… Magistrzy, inżynierowie i inna kadra naukowa… Ot szukają pracy bardzo długo i są gotowi przyjąć każdą opcję. A że tu podobno mają być takie wspaniałe warunki zatrudnienia…
No nic zobaczymy…
Gdy tak dziarsko wymieniałam uwagi z jedną i drugą osobą, zaobserwowałam kątem oka tych, co to już po rozmowie kwalifikacyjnej byli i ze spuszczonym nosem kierowali się w stronę wyjścia… Miny ich nie były zbytnio zadowolone. Dorwałam kilku takich delikwentów i zapytałam się jak poszło. A oni na to z ironią: ” A idź i się sama przekonaj”…
Na takie dictum cała grupka pozostałych oczekujących straciła nieco zapału i chęci i zaczęła wysnuwać domysły co to takiego na tej rozmowie wyniknie…
Ja poczęłam dumać podobnie, ale niestety nic konstruktywnego nie wydumałam, bowiem nastała moja kolej rozmowy. Z bijącym sercem i narastającym agresorem udałam się więc do szefostwa.
Na oko mili ludzie. Oboje uśmiechnięci, całkiem młodzi, ubrani elegancko acz z klasą. Już chciałam się również do nich uśmiechnąć i podzielać z nimi ideę radości życia, gdy wtem do uszu moich zaczęły dochodzić szczegóły i realne warunki ewentualnej mojej przyszłej pracy. Jak usłyszałam początek tychże newsów, tak padłam na fotel i już do końca owej rozmowy nie powstałam.
Co mnie tak zbulwersowało?
Ano fakt, że wcale bym nie miała dzwonić tylko do osób rezygnujących z usług tylko do wszystkich obecnych klientów. I bym ich nawiała do kupna kolejnych pakietów, najlepiej w ofercie 5 w jednym.
Dziennie do wykonania norma 100 telefonów. A jak takiej ilości połączeń nie wykonasz – to see you bye bye…
Dalej, praca miałaby się odbywać również i w weekendy a także w godzinach mocno wieczornych i porannych typu 22 i 6 rano, gdyż wtedy najlepiej zastać klienta.
Kolejna kwestia, umowa. Co miesiąc odnawialna. I wcale nie na stałe. No chyba że za jakiś rok.
Co natomiast z wynagrodzeniem i prowizjami?
No wynagrodzenie owszem najniższe krajowo, ale prowizje dla najlepszych…
Jeśli nie wyrobisz normy sprzedażowej – nie masz prowizji…
Szlak mnie jasny trafił.
Koleżanka inaczej rysowała ową współpracę…
Stwierdziłam, że nie dam robić z siebie białego Murzyna.
Jakiś szacunek do siebie mam…
Gdy tylko więc szanowne kierownictwo skończyło mówić i zaczęło spozierać pytająco na moją osobę, celem uzyskania mojego zdania na temat przyszłej owocnej współpracy – bo rzecz jasna po starej znajomości wzięliby mnie od razu – ja wstałam, podziękowałam i wyszłam. Zostawiłam ich – całkiem świadomie – w dziwnym stanie ducha i zamarłym zapytaniem w oczach: „Ale o co chodzi?” Niech szukają innych głupich…
Przy wyjściu nie omieszkałam się ostrzec gruntownie resztę osób oczekujących. Niektórzy wyszli razem ze mną, inni zostali, aby przekonać się na własnej skórze jak to można tak robić z człowieka parobka.
A gdy tylko wróciłam do domu, zadzwoniłam do tamtej pożal się świecie koleżanki i ją opierniczyłam równo na czym świat stoi. Ona zdezorientowana stwierdziła, że nie wie zupełnie czemu się tak obruszyłam, bo ona przecie mi prawdę powiedziała.
Jeśli tak ma wyglądać prawda w dzisiejszym świecie, to żyjemy w utopii na opak.
Jestem wściekła i mam ochotę zabić każdego, kto mnie zapyta: „No i jak tam Ci poszła rozmowa w call center Twoim?”.

niedziela, 26 maja 2013

Babska wojna, czyli o promocji w Rossmanie

Jak już wszystkie maniaczki kosmetyczne wiedzą lub udają, że nie wiedzą, Rossman od 23 do 29 maja wprowadził szalone przeceny na kosmetyki kolorowe i pielęgnacyjne. Istny raj dla zakupoholiczek!
Z początku miałam nie iść.
Miałam być dzielna.
Twardo mówiłam sobie, że niczego w sumie nie potrzebuję, a nawet jeśli coś tam mi się marzy, to nie jest jakaś straszna i ostateczna konieczność, żebym to coś miała.
Jednakże oczywiście moje postanowienia poleciały hen do Chin, kiedy to zobaczyłam wczoraj, jakie łupy na owej promocji poczyniły blogerki w Rossmanie. Oglądając jak szalona, z wypiekami na facjacie, jeden wpis zakupowy za drugim, poczułam wszechwypełniającą mnie zawiść, że też chce takie cuda! No i rzecz jasna, poleciałam jak kot z pełnym pęcherzem do mego Rossmana na bazarku, licząc na wielkie łowy tanich kosmetyków.
Ale ale…
Nie było tak pięknie…
Zanim tylko przestąpiłam prób tejże drogerii, wiedziałam, że nie będzie lekko…
Już przez szyby widziałam tłumy podnieconych niewiast, które przepychały jedna drugą niczym rozszalałe mamuty w epoce lodowcowej podczas roztopów.
A gdy weszłam do sklepu, poczułam się jak na wojnie secesyjnej.
Tak bowiem wściekłej, pierwotnej, babskiej zawziętości już dawno nie wiedziałam. O pomadki, kredki, tusze czy cienie, baby biły się wręcz niemiłosiernie, tratując wszystko co napotkały. Dzieci, kochankowie, mężowie odeszły na plan drugi. Dla niewiast liczyło się tylko to, co ucapią z półek kosmetycznych. Na taki widok sam ochroniarz przeżegnał się z rozpaczy i oddalił się w bezpieczną odległość.
Istny Armagedon!
Nie mogłam pozostać oczywiście w cieniu.
Nie dam się zepchnąć z powrotem do wyjścia!
Ruszyłam z kopyta dziarsko, odepchnęłam jedną babę i drugą, podłożyłam nogę jakiejś babci i dzierżąc torbę przed sobą, niczym walec drogowy, dotarłam do pierwszej lepszej półki z kosmetykami.
Jednak nie mogłam pozwolić sobie na jakieś dłuższe wybieranie produktów, gdyż nowa fala chętnych na tanie zakupy, napierała na mnie z mocniejszą siłą i podnietą.
Ucapiłam zatem tylko to, co akurat było jeszcze dostępne (dwie pomadki), i odczekawszy pół godziny w kolejce do kasy, mogłam lecieć do domu z satysfakcją.
Jak na chwilę obecną wystarczy mi takich zakupów na promocji…

środa, 22 maja 2013

Jak wygrać z nieśmiałością?

Nieśmiałość.
Strach przed podejmowaniem decyzji, lęk przez nawiązywaniem nowych znajomości.
Druzgocąca kula w przełyku, ilekroć chcemy się odezwać…
Każdy egzamin, rozmowa kwalifikacyjna, czy po prostu wypad na miasto to istna katorga.
Spocone ręce, łamiący się głos i wszechogarniające uczucie bezradności.
Brzmi znajomo?
I to jak…
Problem z nieśmiałością dotyczy bowiem wielu Polaków.
Młodych, dojrzałych.
Tych uczących się, pracujących czy na emeryturze.
Jaka jest zatem główna przyczyna nieśmiałości?
Odpowiedź jest bardzo prosta – brak pewności siebie. Ten właśnie czynnik blokuje nas przed byciem sobą. Wchodzimy wtedy w ten dziwnie niepokojący stan, kiedy to boimy się odzywać niepytani, uciekamy od spotkań towarzyskich, a jeśli już na jakieś pójdziemy – stoimy wtedy w kącie ze zgaszoną miną winowajcy.
Takie zachowanie nie pomaga w życiu…
Tylko ten, kto jest odważny i nie boi się dążyć do celów wyznaczonych sobie wcześniej, ma w życiu łatwiej.
Taki ktoś ma więcej energii na działanie, teoretycznie szybciej znajduje zatrudnienie i budzi powszechny szacunek tzw. umiejętności bronienia swego własnego zdania.
Ci nieśmiali natomiast, zawsze będą zawsze na drugim końcu, dostając minimalnie satysfakcjonującą posadę, z czyhającym na ich błąd potencjalnym szefem.
Brzmi brutalnie?
Takie już niestety jest „prawo cywilizacji”…
Trzeba walczyć, by osiągnąć to co się chce.
Jak zatem wygrać z nieśmiałością?
- przede wszystkim rzecz najważniejsza – trzeba psychicznie otworzyć się na ludzi i nie brać ich za swoich wrogów. Nie można tkwić w tej skorupie, którą sami sobie zbudowaliśmy.
- znajdźmy sobie jakąś pasję. Może być to taniec, kino, teatr. Rozwijajmy nasze zainteresowania. Gdy już będziemy obeznani z daną dziedziną, wówczas problem konwersacji towarzyskiej nie będzie stanowił już dla nas kłopotu. Wszyscy bowiem wiedzą, że najlepiej rozmawia się o hobby.
- ćwiczmy tzw. rozmowy do lusterka. To świetny sposób na poznanie mimiki naszej twarzy oraz tego, jak jesteśmy odbierani przez drugą osobę.
- wyprostujmy się! Nie chodźmy zgarbieni i zapadnięci w sobie. Prosta sylwetka dodaje odwagi i przebojowości!
- ozdóbmy naszą twarz w uśmiech. To już połowa sukcesu do wygrania z nieśmiałością.
– powtarzajmy sobie w myślach kilka razy dziennie: Jestem wspaniała, jestem odważna, niczego się nie boję, dam radę. Taka psychiczna motywacja naprawdę działa.
Czemu o tym wszystkim wspominam?
A temu, że jeszcze w liceum, sama byłam osobą strasznie nieśmiałą.
Zastosowałam się jednak do powyższych rad i osiągnęłam sukces.
Otworzyłam się na siebie i innych.
I już się nie boję mówić wszem i wobec, że przebojowa babka ze mnie!

piątek, 3 maja 2013

Komunijna szopka

Maj.
Słońce, kwitnące kasztany i bzy.
I czas Pierwszej Komunii Świętej.
Uroczystość tak bardzo ważna w życiu każdej wierzącej rodziny. Oto syn/córka w białych szatach, ze złożonymi w małdrzyk rączkami, przyjmuje po raz pierwszy Najświętszy Sakrament i staje się tym samym prawowitym chrześcijaninem/chrześcijanką. Zaiste piękne święto katolickie…
Zaraz, zaraz.
A co natomiast z dziećmi rodziców niewierzących? Czy one będę gorsze od rówieśników, obdarowanych komunijnymi prezentami?
Oczywiście, że nie! Dalej jeden ateista z drugim zapisuje nagle dziecko na religię w drugiej klasie podstawówki, żeby ich potomek nie odstawał od reszty. Niedzielne msze się odbębni, paciorki i modlitwy jakoś się wyklepie razem z pierworodnym, byleby tylko Jasio czy Franio mógł cieszyć się razem z kolegami białym garniturkiem w kościele, uroczystą muzyką na organach i ładnymi prezentami komunijnymi…
A po całej uroczystości, wielka wiara zniknie równie szybko, jak się pojawiła…
Kto by się troszczył bowiem w dzisiejszych czasach o kwestie duchowe?
XXX
Jednakże kwestie duchowe to jedno, a kwestie podniebienia to drugie…
Jak bowiem najlepiej uczcić uroczystość Pierwszej Komunii Świętej?
Odpowiedź banalnie prosta! Należy urządzić wielkie przyjęcie w gronie rodziny i znajomych, połączone z miłymi rozmowami i uroczystym posiłkiem. W końcu nie samym Słowem Bożym człowiek żyje. Ot na samym początku można zaserwować przystawki z krewetek i ostryg, dalej dwudaniowy obiad z dziczyzny i owoców morza, potem wykwintny francuski tort dziesięciowarstwowy. A na koniec – rzecz jasna – toast australijskim szampanem (rocznik 1890) na cześć małego chrześcijanina.
Najlepiej oczywiście takie przyjęcia urządzać w jakiejś sali weselnej czy balowej – co by wszystkich biesiadników odpowiednio ugościć. Taka okazja wymaga przecież najlepszego rozwiązania, mimo że pieniędzy mało w portfeliku a podwyżka w pracy nierealna… Trudno się mówi. Kredycik na komunię trzeba wziąć i po problemie będzie…
A może by tak jednak po taniości? Komunijne przyjęcie w domu wyprawić wśród najbliższych?
Phi, toż to dopiero tandeta komunistyczna. Kto się dziś bawi w gotowanie rosołku i bigosu? Ot, zniewaga!
XXX
Oprócz dostojnego posiłku i pogawędek rodzinnych, punktem kulminacyjnym wieczoru są także prezenty dla małego jubilata komunijnego.
Co by tu takiemu szkrabowi ofiarować?
Złoty wisiorek z Matką Boską?
Eee, nuda, to było za czasów wujka Mietka.
Hm… to może bombonierka z czekoladkami?
Phi, toż to dopiero wiocha!
Co zatem jest najlepszym darem na Pierwszą Komunię Świętą XXI-wieku?
Smartfon!
Telewizor plazmowy!
Laptop!
Motorower!
Koperta z gotówką!
Hm, coś drogie te zabawki…
Ano, trudno się mówi… Syneczek/chrześniaczek/siostrzeniec nie będzie gorszy od swoich rówieśników. Co powie potem nieboraczek kolegom w klasie? Że na Komunię dostał bombonierkę z cukierkami toffi, a nie smartfona Nokię Lumię x1000?
XXX
Kiedy ja przystępowałam do Pierwszej Komunii Świętej inaczej to wszystko wyglądało.
Nie było niepotrzebnego chaosu z wynajmowaniem sal weselnych i zamawianiem miliona pięciuset potraw na setki gości. Moja uroczystość komunijna odbyła się w u nas w mieszkaniu, w bloku. Przybyło 15 gości. Zjedli rosołek i bigosik, przekąsili wódeczką i pierniczkiem, po czym poszli sobie, wychwalając zdrowie gospodarzy.
Prezenty?
Dostałam 10 bombonierek i radio. Więcej upominków nie pamiętam, a jeśli takowe były – głównie w formie pieniężnej – to przejęła je moja rodzicielka tudzież rodziciel.
I to wszystko.
Czyż nie tak powinna właśnie wyglądać Pierwsza Komunia Święta?
Czyż nie lepiej świętować skromnie, w gronie rodzinnym, z domowym jedzeniem, które wypełnia pustkę w żołądku i sercu?
Po co ten cały pęd za luksusem, drogimi strojami, prezentami, wystawną salą i mnóstwem ciekawskiej publiki?
O czasy.
O obyczaje.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Chcę do pracy!

Od obrony minął już miesiąc.
I co?
I nic…
Jak pracy nie miałam, tak nadal nie mam.
Wykształcenie wyższe humanistyczne nie przekonuje nikogo, aby mnie zatrudnić…
XXX
Jak wygląda obecnie mój dzień?
Wstaję rano, konsumuję śniadanie i włączam komputer.
Następnie siedzę kilka godzin przed monitorem, wyszukując zawzięcie strony typu: praca.pl, gazeta.praca, joprapido, absolwent i inne.
Jeśli znajdę jakieś interesujące mnie ogłoszenie, robię głęboki wdech i wydech, by następnie kliknąć „aplikuj”.
Po kilkudziesiętnym powtórzeniu wyżej wymienionej czynności, wyłączam komputer, i zajmuję się jakimiś drobnymi porządkami domowymi. A to przyniosę babci zakupy, a to pozmiatam w mieszkaniu, a to poukładam jakieś książki w piwnicy.
W międzyczasie spozieram na telefon.
A nuż zadzwoni jakiś potencjalny pracodawca?
E, głucha cisza…
Cóż trudno, zbliża się nieuchronnie południe.
Trzeba zatem pomóc w gotowaniu obiadu.
Po posiłku – zmywanie.
Co dalej? Telewizja, książka, czy też może jakieś spotkanie ze znajomymi?
E, zostaję w domu.
Przecie na imprezy pieniędzy nie mam…
Szwędam się zatem tu i tam, obijając się o ściany i o domowników.
Nadchodzi powoli wieczór.
Nadal nikt nie dzwonił w sprawie pracy?
No trudno może jutro będzie lepiej…
Godzina 21 dochodzi. Czas zatem na kolację, przejrzenie książki jakiejś i do łóżeczka.
Dzień udany jak zawsze…
XXX
I tak oto, według powyższego scenariusza, mijają mi dni wiosenne. Jednym słowem: codziennie od miesiąca robię to samo: szukam pracy i popadam w rutynę nudy. Nic więc dziwnego, że dostaję już naprawdę szału z tej bezczynności.
I w tym momencie dręczy mnie jedno, proste pytanie.
Mianowicie, po jaką chorobę było mi te studia kończyć?
Mogłam iść sobie do zawodówki, zdobyć zawód jakiś intratny typu kosmetyczka czy fryzjerka…
Może wtedy bym prędzej znalazła zatrudnienie w branży urodowo-włosowej, niż teraz jako mgr filologii ojczystej…

wtorek, 9 kwietnia 2013

Porozmawiajmy o internetowych randkach…

Można powiedzieć, że w wieku 24 jestem istną randkową wyjadaczką. Byłam bowiem już na jakiś 50 spotkaniach damsko-męskich. Wynik całkiem pokaźny, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż randkować zaczęłam bodajże jak miałam 16 lat. Z matematyczną zatem precyzją można wyliczyć iż przez te 8 lat randkowałam statystycznie około 6 w roku, co w istocie daje rezultat jednej randki co 2 miesiące. I co najbardziej zaskakujące – owych panów najczęściej wynajdowywałam przez portale randkowe!
Zapytacie czemu aż tyle spotkań towarzyskich odbyłam z nieznajomymi z sieci. Czy aż tak naprawdę byłam zdesperowana w poszukiwaniach tej drugiej połówki? Odpowiedź moja brzmi: może i byłam zdesperowana, ale przede wszystkich cierpiałam na brak męskiego towarzystwa. Moje studia – filologia polska – nie były i nigdy nie będą zasobne w płeć brzydką. Na 200 studiujących osób na pierwszych roku, było – uwaga! – aż 5 facetów, przy czym trzech było zajętych a dwóch pozostałych miało odmienną orientację. Tak więc opcja poznania chłopa ze studiów – odpadała. Dalej, potencjalny chłopak z imprez u znajomych. Tu również nie było szału. Na te kilkadziesiąt imprez studenckich, w sumie tylko paru osobników przykuło moją uwagę na tyle, aby wdać się z nimi w jakąś relację głębszą. I od razu dodam, że relacje te nie trwały zbyt długo…
Co zatem pozostawało mi, spragnionej męskiego towarzystwa?
Randkowanie w sieci!
XXX
Internetowe randkowanie można porównać do niewypału – nigdy nie wiesz, kiedy taki wybuchnie, ani kiedy się trafi. W swojej karierze wirtualnej randkowiczki poznałam bowiem tak wiele ciekawych osobistości i indywiduum, że potrzeba kilkudziesięciu stronic A4, aby to wszystko opisać.
Nie mniej jednak, pokuszę się o krótkie przytoczenie jednej z owych „wybuchowych” randek stulecia.
XXX
Niniejsza historia wydarzyła się w niedługim czasie po tym, jak założyłam konto na wirtualnym portalu randkowym. Z początku nie ogarniałam jeszcze tych wszystkich funkcji wyszukiwania potencjalnego partnera życiowego np. po wzroście, wieku, koloru oczu i wykształceniu; raczej biernie przeglądałam pierwsze lepsze profile męskie i zastanawiałam się w duszy jaki jest ten czy tamten pan na żywo. Nie spieszyłam się jednak z rozpoczynaniem konwersacji, bowiem – święcie przekonana – liczyłam, iż ów Jedyny, Wymarzony, sam znajdzie drogę do mnie, a konkretnie do profilu mego. Tymczasem owszem, dostawałam wiele różnych wiadomości od nieznajomych, ale były one najczęściej o treści „ Siemka laska, brykniesz ze mną na miasto?” Rzecz jasna taki powalający poziom inteligencji nie przemawiał do mnie, więc tego typu podobne maile ignorowałam. I czekałam na Tego Właściwego nadal.
Aż tu jednego dnia, otrzymałam pewną interesującą wiadomość . Otóż pewien Pan – ok. 5 lat starszy ode mnie, wzrost 185, szczupłej budowy, wykształcony – napisał do mnie w całkiem poprawnej polszczyźnie, dopytując się o me zainteresowania górskie, perfumeryjne pasje, a także o pasjonujące studia humanistyczne. Nie powiem; brzmiało to inteligentnie a ponadto wyglądał na zdjęciu całkiem uroczo. Oto mój Romeo się zjawił!
Po przegadaniu z nim kliku dni za pomocą maili a następnie za pośrednictwem komunikatora, nastał czas na spotkanie oko w oko. Umówiliśmy się w pewnym centrum handlowym w mieście moim, na kawę i pogawędki o sensie życia. Znakiem rozpoznawczym miała być biała róża. Warto podkreślić w tym miejscu, iż nie zezwoliłam na wcześniejszą wymianę telefonów, ot względy bezpieczeństwa jakieś muszą być zachowane.
Dzierżąc zatem biały kwiat w ręku przybyłam pierwsza na meeting. I czekałam. Minęło pięć minut, potem dziesięć. I tak oto tłumy męskich osobników – czasem w parze, czasem bez pary – krążą w jedną i drugą stronę, lecz żaden z tych samotnych egzemplarzy, nich nie ma róży białej w garści, ani nie wygląda jak ów Pan ze zdjęcia. Cóż, czyżby Romeo się rozmyślił? W końcu zmartwiona i zła już miałam wyruszać czym prędzej w drogę powrotną, gdy wtem usłyszałam dobiegające do mych uszu piskliwe: „Kasiu Kasiu, poczekaj, Twój książę przybywa!”
Odwróciłam się powoli zszokowana i oczom nie wierzę. Stało przede mną jakieś młodociane chłopię z białą różą, na dodatek z połamanymi listkami. Niższy ode mnie o jakieś pół głowy, trądzik na twarzy, kolczyk w nosie i w uchu. Brzuszek pokaźnej objętości wylewał mu się zza spodni, paznokcie brudne i obgryzione a w oczach zezik. I to ma być mój Romeo?
Moje zaskoczenie było tak wielkie, że aż zabrakło mi słów na niecenzuralne okrzyki odnośnie oszustwa zdjęciowego, wiekowego i tym podobne. Amant mój – jednakowoż niezrażony wcale moim stanem ducha – radośnie usiłował wcisnąć mi różę do ręki, mówiąc z uroczym seplenieniem: „No co, nie miałem swego ładnego zdjęcia to wstawiłem brata. I nieśmiały strasznie jestem, więc brat mi Ciebie wyrwał. A on zna się na kobietach jak nikt, bo jest w końcu gejem… Ale mam nadzieję, że się nie gniewasz? Jestem troszkę młodszy od Ciebie, ale to chyba nie problem, nie?”
Jak tylko dotarło do mnie, co ów szczylek powiedział – zbaraniałam. I żeby wyjść z tej całej chorej sytuacji z resztą honoru, rąbnęłam mego niedoszłego amanta różą po ramieniu, odwróciłam się z premedytacją na pięcie, i jak najszybciej opuściłam teren galerii handlowej, odprowadzana rozbawionymi spojrzeniami przypadkowych świadkowych tego jakże romantycznego spotkania.
Oddalając się, słyszałam jeszcze długo protestujące piskliwe okrzyki: „Ale co się stało???”
XXX
Teraz na samo wspomnienie powyższej sytuacji, dostaję takiego ataku śmiechu, że aż ciężko mi się jest uspokoić.
Mimo tego, całkiem miło wspominam wirtualne randki.
Żaden z poznanych przeze mnie panów nie okazał się napalonym sadystą czy też bezmózgim szowinistą. Spędziłam naprawdę miło wiele romantycznych chwil, spontanicznych przygód, czy też szalonych eskapad w towarzystwie panów z sieci. Z niektórymi chłopakami weszłam w głębsze, związkowe relacje, inni zostali nieoczekiwanie moimi bliskimi przyjaciółmi ,kumplami, którzy do tej pory służą dobrą radą; z jeszcze innymi kontakt się urwał niestety po kilku spotkaniach.
Co mogę rzec.
Na nudę – zdecydowanie polecam.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jak przywołać wiosnę?

Od pięciu miesięcy, co rano, widok jest ten sam.
Śnieg.
Zaspy śniegu.
Błoto i śnieżna breja.
Kilogramy białego puchu na parapetach, pod blokiem, zza blokiem, w śmietniku, na ulicy, na przystanku, na przejściu podziemnym, na poręczach, na witrynach sklepowych, na autach, na autobusach, na czapkach, pod czapkami.
I niestety… w butach.
Można oczywiście powiedzieć, że biały śnieżek jest uroczy, że ślicznie wygląda  jak tak pada z nieba, że doskonale zakrywa przed wścibskimi oczami miejskie brudy i śmieci.
Ale do ciężkiego losu zmarzniętego obywatela!
Co za dużo, to niezdrowo!
XXX
Termin odejścia zimy powinien już przecież minąć z chwilą 21 marca, kiedy to – teoretycznie – światem zaczyna rządzić wiosna.
Ale gdzie tam!
Jakby styczniowych i lutowych śnieżyc było mało, biały puszek musiał przywalić i pod koniec marca, a także i na początku kwietnia. I to w samo święto Wielkiej Nocy!
Zamiast zatem uroczych pączków wiosennych na drzewach i miłego świergotania ptasząt i ciepłych słonecznych promieni podczas procesji rezurekcyjnej – ciągle biało!
Ratunku!
XXX
Jak przywołać wiosnę zatem?
Istnieją trzy możliwości.
Opcja pierwsza – zbudowanie wielkiej rakiety, wypełnionej mnóstwem ilości materiałów wybuchowych i wypuszczenie jej prosto w niebo, w samo centrum śniegowych chmur. Manewr taki miałby owe skupiska śnieżne rozgonić i unicestwić na dobre (a przynajmniej na pół roku, do następnej „zimnej pory”). W starciu z taką potężną siłą cieplnego rażenia, nawet najmniejsza zimowa chmurka nie ma szans, by przetrwać i ponownie śnieg produkować!
Opcja druga – wybudowanie wielkiego, śniegowego bałwana, coś na kształt figurki voo-doo i widowiskowe spalenie go na stosie z drewna sosnowego, przy wtórze gromkich okrzyków – „Zimo precz”! Powyższej egzekucji białego gościa, powinien towarzyszyć energiczny i żywiołowy taniec w zwiewnych szatach, połączony z cichym szeptaniem zaklęć i guseł magicznych. Zima na widok takiego procederu, musi niechybnie zwiać na drugą półkulę.
Opcja trzecia z kolei, przewidziana jest tylko i wyłącznie dla ludzi o żelaznych nerwach i końskim zdrowiu, inaczej zwanych – hadrcorami. Ich zadaniem byłoby paradowanie w specjalnych ubraniach wiosennych, tj. lekkich okryciach głowy i stóp, tak, by swoją postawą manifestować wszem i wobec, że tak naprawdę wkoło jest ciepło i wręcz upalnie, tylko nikt tego nie widzi. Po kilku seansach tego typu, odejście śniegu z podkulonym nosem – murowane!
A Wam jaki sposób na przywołanie wiosny wydaje się najlepszy?