sobota, 12 stycznia 2013

Kto za mnie napisze magisterkę?

Mam straszliwego lenia…
Od ponad roku próbuje pisać magisterkę ale idzie mi to jak krew z nosa na Alasce.
Nawet wielki kubek z gorącą czekoladą nie pomaga!
Koleżanki i koledzy się pobronili, a ja
jak tylko pomyślę o magisterce to robi mi się niedobrze i znajduje 100000 wymówek iżby tego nie pisać.
Jedną przedłużkę mam do końca marca…
Choć zdaje mi się coś, że ta przedłużka przedłuży się jeszcze bardziej…
Zresztą na co mi magister?
Bezrobotna mgr filologii polskiej.
Tak, macie rację.
To brzmi dostojnie.

niedziela, 8 stycznia 2012

co tam u mnie ciekawego

Ho ho jak to zleciało.
Już ponad pół roku nie wchodziłam na bloga…
Doprawdy rzecz karygodna.
Ale cóż praca i studia i randki robią swoje, tak więc nolens volens na bloga czasu nie ma.
Dobre czasy Karii się skończyły.
23 lata na karku skończone, nie myśli się o blogowaniu.
Może kiedyś , może jeszcze nadejdą lepsze dni dla bloga.
Póki co takowych nie widzę.
A notkę piszę iżby mi nie skasowali tych 5 lat przeżytych z wami wirtualnie.

A wy? Jak się trzymacie?
  

piątek, 12 sierpnia 2011

wszystko ma swój czas

Nie od dziś wiadomo, że wierzę w przeznaczenie.
Ufam, że są takie dziwne moce w tym świecie, co zrobią wszystko, tak aby człowieka pokierować na tę właściwą drogę, choćby zbłądził wcześniej ze szlaku.
I nie ważne, co byśmy poczęli i tak na wszystko przyjdzie czas.
Czas, kiedy wszystko stanie się jasne i oczywiste  a przeszłość przestanie być udręką, a stanie się przyjacielem, który odszedł, ale nie ze łzami lecz uśmiechem.
XXX
Jak pamiętacie z poprzedniej notki przeszłość powróciła do mnie w postaci K.
Po tym pierwszym spotkaniu, widziałam się z nim jeszcze kilka razy.
Głównie chyba spotykałam się z nim po to, by sprawdzić starą maksymę czy ludzie się rzeczywiście zmieniają.
Doszłam do wniosku że niektóry tak ale K. na pewno nie.
Coś mu bowiem strzeliło do głowy, żeby zachowywać się jak dawniej, to jest prawić mi komplementy, proponować meetingi i ewidentnie podrywać na nich moją skromną personę.
„Kario nic się nie zmieniłaś, zawsze mi się podobałaś, masz to samo, niesamowite spojrzenie „
Trzymałam się na dystans co do tych jego wszystkich zagrań, by zobaczyć jak to wszystko rozegra, nie wspominając na dobrą sprawę nic o tym co mi kiedyś wyczynił.
„Kario wiesz że liczę na więcej niż tylko buziaki w policzki?”
XXX
Dziwne. Poza uczuciem niesmaku i blokady wewnętrznej widząc go nie czułam nic.
Zero.
Gdzie się podziały te wszystkie dawne zauroczenia osobą K., w których wydawał mi się ideałem bez skazy, mimo tej zdrady dwukrotnej?
Gdzie ta cała otoczka co go opromieniała w moich wspomnieniach?
I tak główkowałam i główkowałam aż w końcu olśniło mnie.
Osoba, którą wspominałam tak długo była jedynie takim wytworem mojej wyobraźni, jakim chciałabym aby K. był. Ubierałam go w piękne słowa, namiętne spojrzenia, czułe gesty.
Dopiero po tych 4 latach, widząc go i rozmawiając z nim dotarło do mnie że to zwykły, nader przeciętny facet, w chwili nudy szukający łatwej ofiary, mając za nic wierność i miłość.
Że to taki ktoś na równi traktujący kobiety, piwo i dobre jedzenie.
XXX
I kiedy tak to wszystko do mnie dotarło, cały czar przeszłości i wspomnień prysł jak bańka mydlana.
Uwolniłam się.
Wiem teraz że przecież nigdy do siebie nie pasowaliśmy ani nie będziemy pasować.
On ma swój świat i ja swój.
Z tą tylko różnicą że ja znam zasady gry związkowej i umiem się do nich dostosować natomiast K. nie dość że sam sobie te reguły stwarza to i tak ich nie przestrzega.
XXX
Potrzebowałam tego spotkania po tych 4 latach, nawet nie wiecie jak bardzo.
Potrzebowałam, by się obudzić ze snu niewyśnionego.
Nadchodzi bowiem czas nowej Karii.
Karii bez żalu nad wczoraj.
Karii otwartej na jutro.
Teraz nie ważne co będę chciała, wiem że wszystko mi się uda.
Odnalazłam zgubioną i zapomnianą siłę.
  

czwartek, 28 lipca 2011

ech przeszłości

4 lata nie rozmawialiśmy ze sobą.
4 lata nie widziałam ciebie, nie słyszałam twego uwodzicielskiego głosu, który sprawiał że każda panna ( w tym i ja haha) leciała na ciebie jak mucha na lep.
4 lata niczego i wszystkiego.
XXX
Tak, dobrze się domyślają niektórzy, ci co znali mnie hen hen dawno temu z początkowej działalności blogerskiej.
Ów osobnik, do którego kieruje swe słowa w tej notce to właśnie K. z przeszłości.
Ów K. co to mnie dwa razy zdradził i nic sobie z tego nie robiąc, pisał potem, że możemy być przecie przyjaciółmi.

Pamiętam co wtedy czułam, w jakim dole emocjonalnym byłam i jak to przeżycie mnie zmieniło.
4 lata…
XXX
Po tej całej historii z K. szukałam facetów albo kompletnie różnych od niego, albo z kolei będących jego kopią.
Dziwne ale prawdziwe.
I tak dni mijały, lata przemijały a ja ciągle czułam tę urazę w sercu, która nie pozwalała mi do końca ufać przedstawicielom płci przeciwnej i nie wchodzić w dłuższe relacje partnerskie.
XXX
Jesteście pewnie ciekawi co takiego zaszło, że powracam ponownie do owej starej historii. Otóż już spieszę z wyjaśnieniami.
Tak więc czy to przypadek czy dziwny zbieg okoliczności sprawił , że spotkałam owego K. w tramwaju.
Tak jakoś się potoczyło potem, że odnalazł mnie następnie na portalu społecznościowym i udając, że nic się nie stało, od słowa do słowa rozpoczęliśmy konwersację urwaną 4 lata temu.
Wrażenie interesujące.
Czułam się jakbym cofnęła wskazówki zegara i znowu była ową Karią z przeszłości.
I tak oto podczas owej konwersacji,  nagle jak grom z jasnego nieba, ni stąd ni zowąd K. zaproponował spotkanie po latach w celu odnowienia dawnej dobrej znajomości.
Nie ukrywam  że byłam ciekawa jak owo spotkanie po latach wypadnie więc się zgodziłam.
XX
I cóż i spotkaliśmy sie.
 Było całkiem sympatycznie ale… dziwnie.
Bardzo dziwnie.
Bowiem K. nie przewidział że Karii język się nieco wyostrzył i romantyczne zwroty akcji jej nie radują.
K. się nie spodziewał ciętych ripost słownych i dziwnych skojarzeń myślowych.
K. nie przypuszczał że się zmieniłam.
XXX
K. nie wie, że nie ważne co by powiedział i co by zrobił i tak mu nie zaufam.
  
„między nami jest przepaść”

niedziela, 26 czerwca 2011

klient płaci, klient wymaga

Zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że brać kelnerska łatwego życia nie ma.
Ciągłe użeranie się z klientelę, przez ponad 8 godzin twarz ubrana  w wymuszony uśmiech, graniczący często ze łzami.
Do tego dochodzą w ilości masowej zamówienia, zamówiątka, apele i zażalenia.
Przy tym wszystkim trzeba bym miłym jak ruski sprzedawca zegarów i świecić na około komplementami w stronę klienteli typu  „ach doskonały wybór”
No cóż jednakże czasem i takiemu kelnerowi nerwy puszczą…
XXX
Jest pewna naleśnikarnia w moim mieście.
Nastrój i wystrój jest tam naprawdę cudowny, zatem nic dziwnego że owo miejsce stało się stałym punktem spotkań grona filologicznego.
Nigdy nie miałam nic do zarzucenia temu lokalowi: bowiem obsługa i jakość potraw były na najwyższym poziomie…
 Do czasu…
XXX
Traf chciał że kilka dni temu, po udanym egzaminie, tradycyjnie wybrałam się z kilkoma koleżankami do naszej naleśnikarni.
Oczyma wyobraźni już widziałam te boskie naleśniki, podawane z sosami i surówkami, zawsze mile satysfakcjonujące moje podniebienie.
Byłyśmy zresztą tak głodne jak wilki więc nawet jakby naleśniki smakowały dniem wczorajszym byłoby nam wszystko jedno.
Zwykle o tej porze w lokalu miejsc jest jak na lekarstwo, jednakże o dziwo, udało nam się znaleźć godne pozycje, prawie tuż przy kasie.
Zadowolone rozsiadłyśmy się wygodnie i czekamy na kartę dań.
Powolnym kocim krokiem minęły nas dwie znajome już kelnerki zajadle konwersujące ze sobą.
M. dyskretnie uniosła w tym momencie rękę: Możemy kartę prosić?
Kelnerka (widać że wyjątkowo podbuzowana) miast kulturalnej odpowiedzi i standardowego powitalnego „dzień dobry miłym paniom” odparowała, że się nie rozdwoi i mamy czekać.
Eee no tak, pogawędki z kumpelą ważniejsze…
Ale nic to czekamy dalej.
Mija 15 minut.
Karty nadal nie dostałyśmy,mimo że panna kelnerka wędrowała kilka razy w te i we wte oscentacyjnie unikając naszego stolika.
M. w końcu nie wytrzymała i sama udała się do kasy prosić o kartę, którą dostała bez żadnego słowa wyjaśnienia czy nawet przeprosin za opieszałość.
Powróciła z triumfem, o mało nie wpadając na ową Jaśnie Pannę Kelnerkę, która widać postawiła już chyba krechę na nasze całe zgromadzenie, gdyż mruknęła niepochlebny wyraz pod nosem i z prędkością torpedy podeszła do sąsiedniego stolika (który wypełnił się o wiele wcześniej od naszego i ze słodkim głosikiem zaczęła dopieszczać klientów polecając im pewne potrawy).
No nic to poczekamy dalej na rozwój zdarzeń, w końcu mamy już kartę. Kilka chwil jednie zajęło nam wybieranie naleśników i wypatrywać ponownie zaczęłyśmy owej miłej kelnerki.
Ta nadciągając z tacą pełną napojów dla stolika obok, widząc nasze głodne spojrzenia specjalnie wykręciła głowę do tyłu, wyładowała raz-dwa ową tacę i ubrana w zachęcający uśmiech podążyła szybkim truchtem w drugą stronę sali przyjmując zamówienia od gości, którzy PONOWNIE przybyli PÓŹNIEJ od nas.
No nie tego za wiele.
Nie dość że nasz głód sięgnął zenitu, a czekanie sporo przerosło nasze oczekiwania (40 minut czekania na zrobienie zamówienia przy naprawdę małym zapełnieniu sali???) to poza wrogimi spojrzeniami (heloł co takiego zrobiłyśmy?) nie zainteresował się nami nikt. W tym czasie dwie urzędujące na sali panny kelnerki zdążyły obsłużyć podczas kilka stolików w zasięgu naszego wzroku a my nie dość że nie uraczone zostałyśmy nawet głupim „w czym mogę pomóc” to jeszcze obdarzone zostałyśmy spojrzeniami typu „zaraz się stąd wykurzę taka i owaka”.
Cóż nam pozostało czynić.
Wkurzone na maksa odsunęłyśmy krzesła i czyniąc wiele zbędnego hałasu opuściłyśmy ten lokal, nie pożegnane nawet głupim „do widzenia” czy „pocałujta nas w cztery litery”.
XXX
Gdyby jeszcze był tłum ludzi, wylewający się drzwiami i oknami to owo czekanie na zamówienie można by było racjonalnie wytłumaczyć. Jednakże tego dnia naprawdę ruch był niewielki i każdy gość, który przybył do naleśnikarni za nami został godziwie obsłużony.
Oprócz nas…
Powstaje pytanie czemu panny kelnerki nas ewidentnie olały?
Za dyskretną uwagę na początku o karcie dań?
Czy może za to że za małe napiwki im dawałyśmy wcześniej?
Albo że za głośno się zachowywałyśmy w lokalu?
  

poniedziałek, 20 czerwca 2011

sesjo umrzyj

Są takie dwa okresy do roku, kiedy to student przestaje być studentem czyli człowiekiem bez trosk i zmartwień a zamienia się w istną maszynę, robocopa, co  sam siebie zadziwiając potrafi siedzieć od rana do nocy nad notatkami i wkuwać beznamiętnie materiał z kilogramów notatek.
Za przyjaciela służy mocna kawa połączona z czekoladą i napojami energetycznymi (polecam be powera, aczkolwiek stosowanie takie specyfiku trzy dni z rzędu nieco ogłupia).
Do tego dochodzi istny armagedon w pokoju bowiem notatki są wszędzie: na biurku, pod biurkiem, za biurkiem, na kanapie i za kanapą, na szafach, szafkach i szafeczkach i o dziwo za segmentem.
Tylko teraz bądź tu mądry i się w tym wszystkim połap.
XXX
Tak mniej więcej wygląda mój żywot od jakiś trzech tygodni.
Egzamin za egzaminem pogania egzamin.
Tegoroczna sesja jest najcięższa z całego mojego toku akademickiego. W sumie 5 egzaminów mnie czeka(ło) (już trzy starcia są za mną) a paradoksalnie drugi stopień studiów winien być lekki, łatwy i przyjemny.
G* prawda…
Zapchali nam cały tydzień zajęciami, które nie przydadzą się nam do niczego.
Jakaś metodologia, antropologia, i propozycje kulturowe?
Czyli podsumowawszy, po raz trzeci przerabiać będziemy ten sam materiał co na licencjacie tyle tylko że ze zmienioną listą lektur.
Do tego dochodzi wyrabianie jakiś pokręconych punktów z bloku B. W rezultacie zamiast przyzwoitej siatki godzin siedzę sobie od rana do wieczora  na wydziale i walczę dziarsko o książki, których oczywiście też jest jak na lekarstwo.
Filologia…
A czas na pisanie magisterki to gdzie mam przepraszam bardzo znaleźć? W innym wymiarze???
  

poniedziałek, 23 maja 2011

paradoks

Myślałam że po prawie rocznej przerwie w nałogowym prowadzeniu bloga i komentowaniu wszystkich znajomych łatwo będzie powrócić znowu do tego wirtualnego świata, tworzyć notki w rytmie co dwa trzy dni i ciągle mieć pomysły na nowe zaskakiwanie czytelników.
A tu jak na złość dzieje się inaczej.
Wena sobie poszła gdzieś w siną dal i nie można jej nadal zlokalizować.
Czas także nie chce się podwoić co do ilości godzin i minut.
Doba przestała mi wystarczać.
XXX
Dziwnym trafem odejście z bloga było łatwiejsze niż wrócenie.
Zastanawiam się czemu tak akurat jest,
Pamiętam swojego czasu ile to dumałam zawzięcie czy aby na pewno odejście od Karii jest pomysłem dobrym.
Pamiętam ile zbierałam się w sobie pisząc notkę pożegnalną.
Pamiętam jak to było kiedy chciałam tę całą szopkę odwołać i kryzys twórczy zażegnać.
A teraz co.
Teraz mam trudności z wpisaniem mojego loginu do konta blogowego, zalogowaniu się i wystukaniu choćby kilku podstawowych słów.
Nie umiem się zebrać w sobie.
I sama siebie przestaje poznawać.
Zmieniłam się?