środa, 23 października 2013

Ciężkie czasy…

Zastanawiam się co powiecie, jeśli znowu napiszę kolejny post o robociźnie.
Czy mnie oskalpujecie żywcem czy oberwiecie ze skóry?
Inne sugestie mile widziane…
Ale wracając do meritum.
Czemu mnie nie ma na blogasku?
A temu, że mam sajgon w szkole językowej i masę różnych spraw do ogarnięcia.
Ów chaos spowodowany jest zmianą migracyjną w obrębie załogi naszej – mianowicie w przeciągu niecałego ostatniego miesiąca sztab pracowniczy uległ załamaniu.
Dwie bowiem osoby odeszły, a w zamian za nie – doszła nowa persona, którą trzeba teraz doszkalać.
Tym samym stałam się niejako osobą o najdłuższym stanie pracowniczym wśród sprzedaży kursów językowych co wcale nie czyni mnie osobą wszystko wiedzącą.
I ja mam uczyć ową nową osobę…
Śmiech na sali ej.
Jak mam szkolić nową osobę, skoro ja sama nie czuję się omnibusem w tej kwestii i jeszcze wiele spraw muszę uzgadniać z kierowniczką…
No , wnioskuję, że po moim szkoleniu już nie będzie tą samą osobą jaką była wcześniej.
Tak więc widzicie no, nie mogę się połapać o co chodzi w strukturach firmy mojej, więc tym bardziej świat kosmetyków przestał mnie kręcić od strony recenzjowania.
Liczę jednak, że kiedy tylko sytuacja się uspokoi, kosmetyki na nowo zaczną mnie kusić…
Tymczasem trzymajcie się ciepło moi drodzy i pamiętajcie o mnie!

sobota, 28 września 2013

Uważaj na oszustów w sieci…

Mianowicie nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wręcz buszowanie po Allegro. Kocham szukać różnych ciekawych ciuchów, dodatków i kosmetyków. Często zamiast pisać posty na bloga – tkwię pośród stronic allegrowych i przeglądam je z zapartym tchem.
Wiele rzeczy mam z tejże strony i nigdy, ale to nigdy nie zdarzyło mi się, żeby coś było podarte, stare czy nie zgodne z opisem. Zawsze starałam się wybierać mądrze aukcje, tak, aby mieć pewność że dany produkt będzie wręcz idealny…
Parę dni temu zachciało mi się miętowej marynarki.
Wiecie – taki tam kaprys na koniec lata.
Jak tylko więc o tym pomyślałam, przystąpiłam do allegrowych poszukiwań i uż po niecałych 10 minutach znalazłam zdjęcie mojego wymarzonego cuda – śliczna, przepięknie skrojona marynara w moim rozmiarze.
Na dodatek jak nowa, gdyż sprzedawczyni zapewniała że marynarkę założyła tylko jeden raz i okazała się za mała.
Napaliłam się więc na rzecz ową jak dziki byk na samicę i ją zakupiłam.
Czekałam trzy dni z zapartym tchem na przesyłkę, widząc w duchu mnóstwo stylizacji i możliwości ubiorowych z owym ciuchem.
Gdy tylko paczka przybyła, rozpakowałam z bijącym tchem zawartość i przystępując do mierzenia ciucha zamarłam…
Marynarka wcale nie wyglądała na nową…
Wyglądała raczej jak na bardzo dobrze znoszoną..
Materiał był wygnieciony i zmechacony, a na rękawach i na stójce kołnierzyka widać było wielkie, czerwone plamy…
Jak tylko to zobaczyłam, zawrzała mi krew…
Gdzie ta nowość do jasnej cholery?
Chyba że to nowość drugiej kategorii…
Nic tylko opieprzyć sprzedawczynię i sprawę skierować do Allegro!
Ale oczywiście sprzedawczynię szlak trafił, gdyż jak tylko chciałam cokolwiek na nią nawrzucać słownie, zawiesiła ona konto swoje, a nr telefonu nie odpowiada…
Jestem wściekła i zła…
W pierwszym momencie chciałam tego lumpa wywalić do kosza, ale ostatecznie zdecydowałam się go uprać…
Może to coś pomoże, bo jednak 60 zł to kwota dla mnie poważna…
A Wy miałyście sytuacje z nieuczciwym sprzedawcą?
Co robicie w takim wypadkach?
Zabijacie czy nasyłacie mafię?

sobota, 14 września 2013

O pracy w szkole językowej…

W poniedziałek miną dokładnie trzy miesiące, odkąd zaczęłam karierę w szkole językowej.
Zdaje mi się jednak ciągle, że dopiero zaczynam, że dopiero tydzień najwyżej minął, a tu proszę…
Już jedna czwarta roku na robociźnie edukacyjnej.
Co mogę rzec o powyższym doświadczeniu?
Ano chyba tylko tyle, że to niezła szkoła życia.
Życia z klientelę, wścibskimi współpracownicami, i szefową, która tylko zyski liczy.
Jeśli ktoś bowiem do tej pory myślał, że placówka językowa to miejsce miłe i przyjazne dla klientów i pracowników, jest w błędzie.
Błędzie błęda.
To tylko z pozoru miła i mało stresująca praca, obudowana otoczką uśmiechniętych konsultantek i zadowolonych klientów.
Tak naprawdę, w praktyce, wygląda to zupełnie inaczej.
Klienci są naprawdę różni. Od przyjaznych maturzystek i maturzystów, przez wylewnych starszych panów i panie, po natarczywych dresów i pijaków.
Każdego z powyższych gości, należy jednak obsłużyć według panujących standardów firmy.
Wiadomo – kupujący nasz pan.
Nieważne jak chamski i upierdliwy byłby ów pan klient, konsultant musi mu nieba przychylić.
Każdym możliwym sposobem -  uśmiechem, żarcikiem, zagadaniem, zagwostką.
Czasem po 9 godzinach pracy i uśmiechaniu się non-stop, mam wielką ochotę wstać, palnąć w głowę jednego klienta z drugim i powiedzieć im, żeby poszli precz.
Ów tajony syndrom wściekłości i agresji szczególnie ujawnia się teraz, w sezonie zapisowym.
Siedzimy z dziewczynami średnio po 9/10 godzin codziennie.
Siedzimy i obsługujemy ludzi.
Gdy wracam do domu jestem padnięta, czuję się jak truchło i jedyne o czym myślę to spać.
Nie mam czasu na jedzenie, relaks i myślenie…
Żyję od weekendu do weekendu…
Ot, na to mi się przydał tytuł mgr filologa polskiego…

wtorek, 3 września 2013

Spóźniona refleksja na Dzień Blogera

Jak większość piszących i tworzących wie – 31 sierpnia miało miejsce pewne ważne dla wirtualnej społeczności wydarzenie .
To Dzień Blogera był.
Każdego.
I takiego, co pisuje od dawien dawna i zarabia miliony złotych polskich na swej twórczości, mając tyleż samo lajków na fejsie.
I takiego, co dopiero zaczyna swą przygodę z blogiem i jeszcze nie wie dokładnie, o co w tym wszystkim chodzi.
Blogera młodego i starego.
To święto pisania i radosnego tworzenia w sieci.
Ja – z racji na siedmioletnie doświadczenie w pisaninie internetowej – mogę zaliczyć się do tej pierwszej grupy. Dwa, trzy lata byłam u szczytu blogowej sławy. Moje notki były polecane średnio trzy razy w miesiącu przez redakcję Onetu, i trafiając na główne strony portalu, robiły niezłe zamieszanie wśród publiki. Miałam tysiące wizyt dziennie, setki komentarzy i maili, mnóstwo pytań dotyczących mojej osoby. Czułam się kochana i doceniona.
Niestety, tamta dobra passa nie trwała długo. Traf bowiem chciał, że przez moją twórczość, pewna osoba, na której wtedy bardzo mi zależało, trafiła na tego bloga… I niestety przeczytawszy to, czego nie powinna, zraziła się do mnie, znikając mi z pola widzenia i z zasięgu sercowego.
I tak ja, trwając w żalu i złości na to, że niepotrzebnie uzewnętrzniłam się uczuciowo w świecie wirtualnym, podjęłam decyzje o zawieszeniu działalności Karii. Tym oto sposobem wycofałam się na długie dwa lata z blogerskiego półświatka.
Jednak czułam, że nie była to decyzja dobra.
Brakowało mi pisaniny, brakowało mi tworzenia, brakowało mi czytelników i wirtualnej akceptacji.
Dlatego, po przemyśleniu i rozważeniu wszystkich za i przeciw, w styczniu tego roku, powróciłam na łono blogosfery.
Mój powrót jednakże wiązał się ze stanowczym postanowieniem, że już nigdy więcej nie napiszę o uczuciach swoich bezpośrednio.
Jak na razie udaje mi się wytrwać w moim postanowieniu. I mimo, że nie tworzę na Karii tak często jak kiedyś, to jednak ten blog, to miejsce jest dla mnie najbliższe.
Kathy Leonia bowiem, w którą wcielam się na łamach kosmetycznego bloga, to nie to samo co Karia.
Karia miała duszę i serce.
Kathy Leonia ma tylko otoczkę.
Nie mniej jednak, kocham to co robię, i obiecuję Wam wszystkim solennie, że już nigdy Karii nie zawieszę.
Karia będzie jak Elvis – wiecznie żywa.

niedziela, 25 sierpnia 2013

O nadgodzinach…

Pamiętacie jak w zeszłym tygodniu skakałam pod niebiosa z radości, że 16.08 był dla mnie dniem wolnym?
Ano był…
Tylko nie do końca.
Dowiedziałam się bowiem, że owe wolne 8 godzin muszę odrobić, gdyż na okresie próbnym nie przysługuje mi ani krztyny dnia wolnego, a prawdziwy urlop dostanę dopiero… w listopadzie.
Na pytanie moje czemu zatem dostałam wolne 16-tego, usłyszałam odpowiedzieć, że mi się przecież należało.
Hahaha, dobre.
Odpoczynek, który muszę odrobić..
Fajnie, że mi o tym szefowa powiedziała już po fakcie.
Równie dobrze mogłabym się obyć smakiem wolności, byleby tylko nie zostawać po godzinach.
Już sam normalny przedział robocizny, czyli 8 godzin jest ciężko wysiedzieć, a co dopiero nadgodziny…
Krew mi się burzy i gotuje, że muszę codziennie zostawać jedną, lub dwie godziny dłużej.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Jak ja nie lubię upałów…

Wczoraj po prostu myślałam, że się ugotuję, lub zniosę w bólach jajo na twardo.
Albo wyparuję jak woda na pustyni.
Czemu?
No zgadnijcie..
Dobrze się domyślacie…
Upały…
Nienawidzę takiej pogody.
Czuję się jak masło na patelni, lub tłuszcz wyciekający na kartofle.
O ile jeszcze 30 stopni ciepła mogę przeżyć jakoś, to 38 stopni to już lekka przesada. A taką oto temperaturę w robociźnie pokazywał dnia wczorajszego ciepłomierz wiszący nad biurkiem szefowej.
Nie muszę mówić, że wszyscy pracownicy – jak i kursanci – wyglądali jak siedem nieszczęść.
Mimo przewiewnych ubrań z lekką nutą elegancji, siedzieliśmy w szkole językowej i pociliśmy się jak świnie.
Włosy lepiące się do czoła, ubrania przesiąknięte wilgocią…
Antyperspiranty, dezodoranty czy perfumidła – nic to przy takiej pogodzie.
Ciało i tak będzie się ochładzać, skoro klimatyzacji brak.
Jedynie picie hektolitrów zimnej wody z kranu – pozdrawiam moje chore gardło z zeszłego tygodnia – jakoś pomogło przetrwać mi te 8 godzin.
A dziś ma być jeszcze bardziej upalniej…
O losie, czemu nie może być stopni 25, lekkiego wietrzyku?

niedziela, 4 sierpnia 2013

Obsługiwałam polskiego żula…

Dnia wczorajszego przeżyłam istny szok szoka…
Mianowicie podczas obsługi jednego z panów kursantów, zostałam zaszczycona pocałowaniem w rękę mojej persony.
Może ten fakt nie wpłynąłby zbytnio na spaczenie mej psychiki, jednakże owym kursantem był żul.
Pan żul z ulicy, co śmierdział wódą i potem i moczem.
Czemu się znalazł w szkole językowej?
A tak mu się zamroczyło przed oczami i zawędrowało do nas.
A ja oczywista obsłużyć muszę każdego bez wyjątku.
Nawet żula.
Siedział prawie godzinę face to face przede mną i woniał masakrycznie.
I wcale nie chciał iść…
Opowiadał o życiu, rodzinie co go opuściła i o koczowniczym trybie życia.
Dowiedziałam się, gdzie śmietniki w Łodzi są najlepiej zaopatrzone, a w jakiej dzielnicy są ludzie najbardziej znieczuli na krzywdę innych…
Na szczęście podałam mu niebotyczną kwotę do zapłaty za kurs j. niemieckiego.
Dopiero po tym fakcie się ulotnił.
Uff…
Obym już nigdy czegoś takiego nie doznała…