wtorek, 16 kwietnia 2013

Chcę do pracy!

Od obrony minął już miesiąc.
I co?
I nic…
Jak pracy nie miałam, tak nadal nie mam.
Wykształcenie wyższe humanistyczne nie przekonuje nikogo, aby mnie zatrudnić…
XXX
Jak wygląda obecnie mój dzień?
Wstaję rano, konsumuję śniadanie i włączam komputer.
Następnie siedzę kilka godzin przed monitorem, wyszukując zawzięcie strony typu: praca.pl, gazeta.praca, joprapido, absolwent i inne.
Jeśli znajdę jakieś interesujące mnie ogłoszenie, robię głęboki wdech i wydech, by następnie kliknąć „aplikuj”.
Po kilkudziesiętnym powtórzeniu wyżej wymienionej czynności, wyłączam komputer, i zajmuję się jakimiś drobnymi porządkami domowymi. A to przyniosę babci zakupy, a to pozmiatam w mieszkaniu, a to poukładam jakieś książki w piwnicy.
W międzyczasie spozieram na telefon.
A nuż zadzwoni jakiś potencjalny pracodawca?
E, głucha cisza…
Cóż trudno, zbliża się nieuchronnie południe.
Trzeba zatem pomóc w gotowaniu obiadu.
Po posiłku – zmywanie.
Co dalej? Telewizja, książka, czy też może jakieś spotkanie ze znajomymi?
E, zostaję w domu.
Przecie na imprezy pieniędzy nie mam…
Szwędam się zatem tu i tam, obijając się o ściany i o domowników.
Nadchodzi powoli wieczór.
Nadal nikt nie dzwonił w sprawie pracy?
No trudno może jutro będzie lepiej…
Godzina 21 dochodzi. Czas zatem na kolację, przejrzenie książki jakiejś i do łóżeczka.
Dzień udany jak zawsze…
XXX
I tak oto, według powyższego scenariusza, mijają mi dni wiosenne. Jednym słowem: codziennie od miesiąca robię to samo: szukam pracy i popadam w rutynę nudy. Nic więc dziwnego, że dostaję już naprawdę szału z tej bezczynności.
I w tym momencie dręczy mnie jedno, proste pytanie.
Mianowicie, po jaką chorobę było mi te studia kończyć?
Mogłam iść sobie do zawodówki, zdobyć zawód jakiś intratny typu kosmetyczka czy fryzjerka…
Może wtedy bym prędzej znalazła zatrudnienie w branży urodowo-włosowej, niż teraz jako mgr filologii ojczystej…

wtorek, 9 kwietnia 2013

Porozmawiajmy o internetowych randkach…

Można powiedzieć, że w wieku 24 jestem istną randkową wyjadaczką. Byłam bowiem już na jakiś 50 spotkaniach damsko-męskich. Wynik całkiem pokaźny, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż randkować zaczęłam bodajże jak miałam 16 lat. Z matematyczną zatem precyzją można wyliczyć iż przez te 8 lat randkowałam statystycznie około 6 w roku, co w istocie daje rezultat jednej randki co 2 miesiące. I co najbardziej zaskakujące – owych panów najczęściej wynajdowywałam przez portale randkowe!
Zapytacie czemu aż tyle spotkań towarzyskich odbyłam z nieznajomymi z sieci. Czy aż tak naprawdę byłam zdesperowana w poszukiwaniach tej drugiej połówki? Odpowiedź moja brzmi: może i byłam zdesperowana, ale przede wszystkich cierpiałam na brak męskiego towarzystwa. Moje studia – filologia polska – nie były i nigdy nie będą zasobne w płeć brzydką. Na 200 studiujących osób na pierwszych roku, było – uwaga! – aż 5 facetów, przy czym trzech było zajętych a dwóch pozostałych miało odmienną orientację. Tak więc opcja poznania chłopa ze studiów – odpadała. Dalej, potencjalny chłopak z imprez u znajomych. Tu również nie było szału. Na te kilkadziesiąt imprez studenckich, w sumie tylko paru osobników przykuło moją uwagę na tyle, aby wdać się z nimi w jakąś relację głębszą. I od razu dodam, że relacje te nie trwały zbyt długo…
Co zatem pozostawało mi, spragnionej męskiego towarzystwa?
Randkowanie w sieci!
XXX
Internetowe randkowanie można porównać do niewypału – nigdy nie wiesz, kiedy taki wybuchnie, ani kiedy się trafi. W swojej karierze wirtualnej randkowiczki poznałam bowiem tak wiele ciekawych osobistości i indywiduum, że potrzeba kilkudziesięciu stronic A4, aby to wszystko opisać.
Nie mniej jednak, pokuszę się o krótkie przytoczenie jednej z owych „wybuchowych” randek stulecia.
XXX
Niniejsza historia wydarzyła się w niedługim czasie po tym, jak założyłam konto na wirtualnym portalu randkowym. Z początku nie ogarniałam jeszcze tych wszystkich funkcji wyszukiwania potencjalnego partnera życiowego np. po wzroście, wieku, koloru oczu i wykształceniu; raczej biernie przeglądałam pierwsze lepsze profile męskie i zastanawiałam się w duszy jaki jest ten czy tamten pan na żywo. Nie spieszyłam się jednak z rozpoczynaniem konwersacji, bowiem – święcie przekonana – liczyłam, iż ów Jedyny, Wymarzony, sam znajdzie drogę do mnie, a konkretnie do profilu mego. Tymczasem owszem, dostawałam wiele różnych wiadomości od nieznajomych, ale były one najczęściej o treści „ Siemka laska, brykniesz ze mną na miasto?” Rzecz jasna taki powalający poziom inteligencji nie przemawiał do mnie, więc tego typu podobne maile ignorowałam. I czekałam na Tego Właściwego nadal.
Aż tu jednego dnia, otrzymałam pewną interesującą wiadomość . Otóż pewien Pan – ok. 5 lat starszy ode mnie, wzrost 185, szczupłej budowy, wykształcony – napisał do mnie w całkiem poprawnej polszczyźnie, dopytując się o me zainteresowania górskie, perfumeryjne pasje, a także o pasjonujące studia humanistyczne. Nie powiem; brzmiało to inteligentnie a ponadto wyglądał na zdjęciu całkiem uroczo. Oto mój Romeo się zjawił!
Po przegadaniu z nim kliku dni za pomocą maili a następnie za pośrednictwem komunikatora, nastał czas na spotkanie oko w oko. Umówiliśmy się w pewnym centrum handlowym w mieście moim, na kawę i pogawędki o sensie życia. Znakiem rozpoznawczym miała być biała róża. Warto podkreślić w tym miejscu, iż nie zezwoliłam na wcześniejszą wymianę telefonów, ot względy bezpieczeństwa jakieś muszą być zachowane.
Dzierżąc zatem biały kwiat w ręku przybyłam pierwsza na meeting. I czekałam. Minęło pięć minut, potem dziesięć. I tak oto tłumy męskich osobników – czasem w parze, czasem bez pary – krążą w jedną i drugą stronę, lecz żaden z tych samotnych egzemplarzy, nich nie ma róży białej w garści, ani nie wygląda jak ów Pan ze zdjęcia. Cóż, czyżby Romeo się rozmyślił? W końcu zmartwiona i zła już miałam wyruszać czym prędzej w drogę powrotną, gdy wtem usłyszałam dobiegające do mych uszu piskliwe: „Kasiu Kasiu, poczekaj, Twój książę przybywa!”
Odwróciłam się powoli zszokowana i oczom nie wierzę. Stało przede mną jakieś młodociane chłopię z białą różą, na dodatek z połamanymi listkami. Niższy ode mnie o jakieś pół głowy, trądzik na twarzy, kolczyk w nosie i w uchu. Brzuszek pokaźnej objętości wylewał mu się zza spodni, paznokcie brudne i obgryzione a w oczach zezik. I to ma być mój Romeo?
Moje zaskoczenie było tak wielkie, że aż zabrakło mi słów na niecenzuralne okrzyki odnośnie oszustwa zdjęciowego, wiekowego i tym podobne. Amant mój – jednakowoż niezrażony wcale moim stanem ducha – radośnie usiłował wcisnąć mi różę do ręki, mówiąc z uroczym seplenieniem: „No co, nie miałem swego ładnego zdjęcia to wstawiłem brata. I nieśmiały strasznie jestem, więc brat mi Ciebie wyrwał. A on zna się na kobietach jak nikt, bo jest w końcu gejem… Ale mam nadzieję, że się nie gniewasz? Jestem troszkę młodszy od Ciebie, ale to chyba nie problem, nie?”
Jak tylko dotarło do mnie, co ów szczylek powiedział – zbaraniałam. I żeby wyjść z tej całej chorej sytuacji z resztą honoru, rąbnęłam mego niedoszłego amanta różą po ramieniu, odwróciłam się z premedytacją na pięcie, i jak najszybciej opuściłam teren galerii handlowej, odprowadzana rozbawionymi spojrzeniami przypadkowych świadkowych tego jakże romantycznego spotkania.
Oddalając się, słyszałam jeszcze długo protestujące piskliwe okrzyki: „Ale co się stało???”
XXX
Teraz na samo wspomnienie powyższej sytuacji, dostaję takiego ataku śmiechu, że aż ciężko mi się jest uspokoić.
Mimo tego, całkiem miło wspominam wirtualne randki.
Żaden z poznanych przeze mnie panów nie okazał się napalonym sadystą czy też bezmózgim szowinistą. Spędziłam naprawdę miło wiele romantycznych chwil, spontanicznych przygód, czy też szalonych eskapad w towarzystwie panów z sieci. Z niektórymi chłopakami weszłam w głębsze, związkowe relacje, inni zostali nieoczekiwanie moimi bliskimi przyjaciółmi ,kumplami, którzy do tej pory służą dobrą radą; z jeszcze innymi kontakt się urwał niestety po kilku spotkaniach.
Co mogę rzec.
Na nudę – zdecydowanie polecam.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jak przywołać wiosnę?

Od pięciu miesięcy, co rano, widok jest ten sam.
Śnieg.
Zaspy śniegu.
Błoto i śnieżna breja.
Kilogramy białego puchu na parapetach, pod blokiem, zza blokiem, w śmietniku, na ulicy, na przystanku, na przejściu podziemnym, na poręczach, na witrynach sklepowych, na autach, na autobusach, na czapkach, pod czapkami.
I niestety… w butach.
Można oczywiście powiedzieć, że biały śnieżek jest uroczy, że ślicznie wygląda  jak tak pada z nieba, że doskonale zakrywa przed wścibskimi oczami miejskie brudy i śmieci.
Ale do ciężkiego losu zmarzniętego obywatela!
Co za dużo, to niezdrowo!
XXX
Termin odejścia zimy powinien już przecież minąć z chwilą 21 marca, kiedy to – teoretycznie – światem zaczyna rządzić wiosna.
Ale gdzie tam!
Jakby styczniowych i lutowych śnieżyc było mało, biały puszek musiał przywalić i pod koniec marca, a także i na początku kwietnia. I to w samo święto Wielkiej Nocy!
Zamiast zatem uroczych pączków wiosennych na drzewach i miłego świergotania ptasząt i ciepłych słonecznych promieni podczas procesji rezurekcyjnej – ciągle biało!
Ratunku!
XXX
Jak przywołać wiosnę zatem?
Istnieją trzy możliwości.
Opcja pierwsza – zbudowanie wielkiej rakiety, wypełnionej mnóstwem ilości materiałów wybuchowych i wypuszczenie jej prosto w niebo, w samo centrum śniegowych chmur. Manewr taki miałby owe skupiska śnieżne rozgonić i unicestwić na dobre (a przynajmniej na pół roku, do następnej „zimnej pory”). W starciu z taką potężną siłą cieplnego rażenia, nawet najmniejsza zimowa chmurka nie ma szans, by przetrwać i ponownie śnieg produkować!
Opcja druga – wybudowanie wielkiego, śniegowego bałwana, coś na kształt figurki voo-doo i widowiskowe spalenie go na stosie z drewna sosnowego, przy wtórze gromkich okrzyków – „Zimo precz”! Powyższej egzekucji białego gościa, powinien towarzyszyć energiczny i żywiołowy taniec w zwiewnych szatach, połączony z cichym szeptaniem zaklęć i guseł magicznych. Zima na widok takiego procederu, musi niechybnie zwiać na drugą półkulę.
Opcja trzecia z kolei, przewidziana jest tylko i wyłącznie dla ludzi o żelaznych nerwach i końskim zdrowiu, inaczej zwanych – hadrcorami. Ich zadaniem byłoby paradowanie w specjalnych ubraniach wiosennych, tj. lekkich okryciach głowy i stóp, tak, by swoją postawą manifestować wszem i wobec, że tak naprawdę wkoło jest ciepło i wręcz upalnie, tylko nikt tego nie widzi. Po kilku seansach tego typu, odejście śniegu z podkulonym nosem – murowane!
A Wam jaki sposób na przywołanie wiosny wydaje się najlepszy?

piątek, 29 marca 2013

„Kochanie! Oświadcz mi się!”

Każda dziewczyna, która jest ze swym amantem przynajmniej rok, marzy o tym jedynym, wymarzonym i wyczekiwanym dniu, w którym to usłyszy od ukochanego magiczną formułkę: „Czy zostaniesz moją żoną?”. Przy każdej, potencjalnie nadarzającej się okazji typu kolacja we dwoje, niespodziewana wycieczka do parku czy też romantyczna podróż w nieznane, typowa przedstawicielka płci niewieściej ma nadzieję, że to właśnie nadszedł TEN moment. Oczyma wyobraźni planuje się wtedy udawane zaskoczenie, chwilową niepewność, powstanie gorącego rumieńca oraz… pełne zazdrości spojrzenia koleżanek.
No właśnie.
Damska zawiść.
Znacie to?
Koleżanki mają modną torbę, ja też muszę mieć!
Koleżanki mają nowy samochód, to ja będę gorsza?
Koleżanka ma narzeczonego… ja też chcę!
XXX
Moja uczelniana koleżanka Marta była z chłopakiem już przeszło trzy lata. Widywali się codziennie i dzwonili po kilka razy na dobę. Dzień bez telefonu do ukochanego Michała – dzień stracony. Można by powiedzieć, że papużki-nierozłączki. Na każdej imprezie pojawiali się razem, trzymali się za rączkę, całowali, gdy nikt nie patrzył i przytulali się czule. Na padające zewsząd pytania o potencjalnym ślubie czy zaręczynach, Marta i Michał odpowiadali zgodnie „Kiedy będą, to będą”. Byli bowiem pewni, że życie planują spędzić razem, jednakże 22 lata to trochę za wcześnie na „hajtanie się”.
I tak trwali w tym słodkim stanie zawieszenia aż do zeszłego roku.
W międzyczasie bowiem większość naszych przyjaciół, znajomych pozaręczała się i pochłonięta była przygotowaniami do rychłego zawarcia sakramentu małżeństwa. Skończyły się zatem co tygodniowe, wspólne wypady towarzyskie, bo – jak wiadomo – narzeczeni groszem nie śmierdzą.
Ów zastój imprezowy był Michałowi nawet na rękę – ot, nie musi co tydzień męczyć się z syndromem dnia wczorajszego i tłumaczyć się szefowi w poniedziałek rano, czemu ma takie czerwone oczy. Jednakże Marta była odmiennego zdania. Z natury towarzyska i lubiąca dobrą zabawę w gronie znajomych, zaczęła nagle czuć się odseparowana od całego grona „szczęśliwych narzeczonych” i wbiła sobie do głowy, że jest gorsza od reszty naszych koleżanek. I tak oto nieformalny związek jej i Michała, przestał jej wystarczać. Zaczęła pragnąć czegoś więcej niż tylko bycia zwykłą dziewczyną i czekała z niecierpliwością na dzień, kiedy Michał zdobędzie się na odwagę i oświadczy się jej. Nic jednak nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie Michał zdecydował się paść przed Martą do stóp. Co gorsza, nie zauważył w ogóle dziwnie nerwowego zachowania ukochanej, a także powtarzających się pytań o to, co będzie z nimi dalej. Marta zatem cierpliwie czekała dalej…
Aż do czasu…
Szala zawiści przelała się dopiero, kiedy na drogę narzeczeństwa wstąpiła także Anka, można powiedzieć, studencka nieprzyjaciółka Marty. Odkąd tylko pamiętam, jedna z drugą rywalizowały. A to która ma lepsze oceny, która większe stypendium, która lepszą pracę wakacyjną. Gdy zatem Marta usłyszała, że Anka ma narzeczonego, stwierdziła, że czas najwyższy, aby i ona go miała.
Skoro Michał jej się nie oświadczył nadal, ona mu w tym delikatnie pomoże!
Gdy tylko zatem nadarzyła się okazja do spotkania z ukochanym sam na sam w jego mieszkaniu, Marta nie owijała w bawełnę.
- Kochanie! – rzekła z całą stanowczością – Oświadcz mi się teraz, zaraz! Bo jak nie, to koniec z nami!
XXX
Nie muszę dodawać, że Michał był kompletnie zszokowany i nieźle oszołomiony powyższym wystąpieniem Marty. Doszedł jednak w miarę do siebie i – częściowo przytomnie, częściowo nie – padł fachowo na kolana i poprosił oczywiście Martusię o rękę. Przecie nie pozwoli ukochanej odejść! Pierścionek zaręczynowy dokupił rzecz jasna nieco później…
Ale kto by się o taki szczegół martwił.
Ślub przecież za rok.
XXX
Tak więc drogie Panie, jeśli Wasz ukochany zwleka z oświadczynami, nie pozostaje Wam nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce!

sobota, 23 marca 2013

Jak uratować związek?

Biorę udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova. www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl
Podobno miłość cierpliwa jest i łaskawa.
Podobno wszystko znosi i wszystko przetrzyma.
Podobno nigdy nie ustaje…
Tak wygląda to w teorii. W prawdziwych jednak historiach, takich z życia wziętych, owo wielkie uczucie często nie wytrzymuje próby charakteru, zdrady, chwilowych słabości czy problemów dnia codziennego.
Czy mimo wszystko da się uratować coś, co zmierza nieuchronnie ku upadkowi? Czy można odbudować rozlatujący się związek i stworzyć nowe, silne podwaliny dla starej miłości?
Osobiście uważam, że można, jeśli się naprawdę chce…
…lecz bez takiej „chęci” nic się nie odbuduje na nowo.
I nie będzie drugiej szansy, by to zmienić.
XXX
Moi znajomi – Anka i Tomek – uchodzili za parę idealną. Aż miło było patrzeć na nich, jak wspólnie żartują, przekomarzają się w naszym studenckim gronie i marzą o wielkim domku z ogródkiem. Nie sposób było sobie wyobrazić ich osobno, bowiem jak Anka pasowała do Tomka, tak Tomek pasował do Anki.
Dwie połówki jabłka. Zawsze razem.
Prawie nigdy się nie kłócili i prawie nigdy nie narzekali na siebie.
Nie ukrywam, że zazdrościłam im bardzo. Tego uczucia bez miary, tego zrozumienia, a nawet chwilowych przekomarzań. Moje związki zwykle trwały góra rok i kończyły się jakoś bez echa. Z niejaką zawiścią zatem patrzyłam na Ankę i Tomka, jak świętują kolejną rocznicę związku i jak nic nie wskazuje na to, by ich miłość miała się skończyć.
Do czasu…
XXX
Przełom maja i czerwca roku 2012. Pamiętam, że był to ciężki czas zarówno dla mnie jak i dla Anki. Po zakończonej edukacji na pierwszym stopniu studiów, wspólnie usiłowałyśmy znaleźć jakąś dorywczą pracę. Szukałyśmy i szukałyśmy, traciłyśmy nerwy na kolejnych, bezowocnych rozmowach kwalifikacyjnych, aż w końcu Anka powiedziała „dość” i postanowiła zrobić sobie małe wakacje. Była bowiem pewna, że praca nie zając – nie ucieknie, a poza tym będzie miała więcej czasu dla Tomka, któremu również – jak dotąd – nie udało się nigdzie zatrudnić. Ich wakacyjna sielanka nie trwała jednak długo, bowiem traf chciał, że niespodziewanie pewna firma zdecydowała się przyjąć Tomka w charakterze stażysty. Praca oczywiście w pełnym wymiarze godzin.
Anka z początku cieszyła się oczywiście szczęściem ukochanego, że dostał taką intratną posadę; po kilku jednak dniach jej radość zmieniła się w złość. Zapracowany Tomek nie miał bowiem już tyle czasu dla ukochanej, zaczął bywać zmęczony i rozdrażniony. Ja niestety także nie mogłam służyć Ance za ostoję i powiernicę, bo sama znalazłam tymczasowe zatrudnienie.
Anka, nie mogąc zatem liczyć na mnie i na chłopaka, zdecydowała się na spontaniczne odnowienie dawnych znajomości z grupą przyjaciół z czasów dzieciństwa. Wcześniej nie miała na ich towarzystwo czasu, mimo że mieszkają w sumie „rzut beretem” od siebie. Zawsze jej wymówką był Tomek i to że bez niego przecież nie będzie balowała sama.
Teraz jednak nie miała oporów do samotnych wyjść z dawnymi przyjaciółmi.
Wpadła w wir spotkań towarzyskich.
Imprezy, imprezy.
Dużo alkoholu i rozluźnienia.
Bez Tomka.
Czy było jej głupio, że tak bawi się sama? Z tego co pamiętam z jej późniejszych opowieści, to nawet nie. Anka nie należała nigdy do osób martwiących się tym, co będzie jutro. Towarzystwo dawnych znajomych jej całkowicie odpowiadało i pozwalało na chwilowe zapomnienie o problemach z Tomkiem.
Tak… ich idealny związek przechodził kryzys. Każde bowiem spotkanie towarzyskie z Anką i Tomkiem zaczynało się teraz od ich wspólnych kłótni i krzyków. A to, że on nie ma dla niej czasu, a to że woli pracę od niej, a to że ją olewa. On z kolei oskarżał ją , że to wszystko jej wina, że imprezuje bez niego i nie ma czasu na telefoniczną rozmowę z nim. W dalszym toku dyskusji zaczynały pojawiać się słowa niecenzuralne, a następnie krępująca cisza, przerywana naszymi znaczącymi chrząknięciami. I spotkanie towarzyskie można było uznać na klapę.
XXX
Co było dalej? Można się domyśleć. Po kilku kolejnych takich awanturach na forum publicznym, Anka zaczęła szukać pocieszenia wśród owych znajomych z dzieciństwa. Szczególnie dobrze jej utuleniem i uspokojeniem zajął się niejaki Arek – towarzysz lat przedszkolnych. Ich dawna przyjaźń szybko odżyła i równie szybko przerodziła się w coś więcej niż platoniczna znajomość. I co dziwne, Anka nie broniła się wcale przed tym. Z błyskiem w oku zwierzała mi się, że Arek to cudowny człowiek, że ma przed sobą przyszłość świetlaną, że się stara dla niej, że ją rozumie. Tomek? A fajnie było z nim, ale się wypaliło…
Cóż zdarza się.
Co na to sam Tomek? Widział owszem, że związek z Anką się sypie, ale najwyraźniej pogodził się z utratą ukochanej. Nawet nie próbował ratować ich relacji, jakby te wszystkie wspólne lata były niczym istotnym. Pogrążył się tylko bardziej w pracy i na nasze pytania odnośnie tego, co się dzieje z nim i Anką mówił, że go to już nie obchodzi. Zero reakcji, zero działania, zero żalu.
Dla zainteresowanych dodam, że pięcioletni związek Anki i Tomka zakończył się po krótkiej rozmowie telefonicznej, w której to obie strony doszły do wniosku, że ratowanie ich relacji jest bez sensu.
XXX
Z tego co wiem, Tomek w niedługim czasie po rozstaniu z Anką znalazł sobie dużo młodszą od siebie dziewczynę. Mówi, że lepiej ją sobie wychowa, niż poprzednią…
Anka i Arek są nadal razem. Tworzą istną mieszankę wybuchową – kłócą się codziennie i rozstają kilka razy w miesiącu. Anka zaczyna przebąkiwać coś o rozstaniu na dobre.
Zapytałam się jej ostatnio, czy żałuje odejścia od Tomka. Milczała przez kilka minut, następnie westchnęła i stwierdziła, że czasem żałuje. Ale na ratowanie dawnego związku jej i Tomka jest za późno. Z Tomkiem nie ma bowiem kontaktu od czasu zerwania, nawet na głupie urodzinowe życzenia jej nie odpowiada.
Ano, masz babo placek…

czwartek, 21 marca 2013

I po obronie!

Donoszę wszem i wobec, że od jakiś 24 godzin dzierżę uroczyście tytuł mgr filologii polskiej, i co za tym idzie, ma genialność sięgnęła zenitu.
Ciężko mi się jeszcze przestawić na tak zacną tytulaturę, nie mniej jednak powoli się przyzwyczajam do myśli, iż moja edukacja dobiegła końca.
Ostatnim jej etapem była obrona.
Jak przebiegło owo starcie?
Trochę na „wariackich papierach”. Przez problemy z MPK i wielkie zaspy śniegowe, przybyłam dosłownie na styk „pojedynku” umysłowego. Szkoda, że nie widzieliście mego biegu przez zaspy, gdy potrącając jednego człowieka za drugim, gnałam od przystanku na uczelnię, niczym zając wyścigowy na zawodach.
Gdy szczęśliwie dotarłam na miejsce, nie było już czasu na powtarzanie materiału i w sumie od razu, taka uroczo zziajana, weszłam do gabinetu z dostojnym jury. Na miłej konwersacji upłynęło mi bardzo szybko minut egzaminu prawie 40, po którym to egzaminie musiałam wyjść na chwilę i czekać w niepewności na ogłoszenie wyroku, czy nadaję się na mgr czy nie.
Miałam nieco stracha, muszę Wam przyznać, bowiem pochrzaniły mi się odpowiedzi na pytania i miast pięknej i dostojnej prezentacji, lałam równo przysłowiową „wodę” słowną, z dodatkiem mnóstwa błędów językowych i stylistycznych. O dziwo szanowna komisja miała widać dobry ubaw ze mnie, bo zamiast wysłać mnie do powtórzenia edukacyjnego procesu, wystawiła mi uroczą 5 i uścisnęła prawicę.
I takim oto sposobem, moje szczęście sięgnęło zenitu. Wyleciałam z egzaminu jak na skrzydłach, i dopiero w połowie drogi na schodach przypomniało mi się, że przecież przed drzwiami sali, gdzie odbywał się mój egzamin, wciąż czekają na mnie znajomi i się na pewno zastanawiają, czemu ich u licha bezczelnie zignorowałam. Wróciłam zatem z pokorą do mych pobratymców i z nimi to dopełnił się dzień wczorajszy, ukoronowany srogim oblewaniem tytułu naukowego w jednym z miejscowych lokali.
XXX
Czy zdobycie tytułu coś zmieniło więcej w moim życiu?
W sumie nie – suma na koncie bankowym mi nagle nie zwiększyła się, a praca sama się nie znalazła.
Mam mgr i szukam pracy…
Choć znaleźć pracę w zawodzie będzie ciężko…

poniedziałek, 18 marca 2013

Panika przedmagisterska – faza trzecia i ostatnia

I oto nadejdzie sądny dzień.
Już czuję jego oddech na plecach, przepełniający mnie zimnym dreszczem strachu i ulgi zarazem.
Już zaczyna mnie brzuch boleć, a poobgryzane paznokcie, podczas wczorajszej szalonej nauki, patrzą się z wyrzutem na moje stukające nerwowo zęby.
Już jutro…
Po 5 latach edukacji, wielu zarwanych nocach, bezsensownych egzaminach, mało wnoszących praktykach…
Ostateczna rozgrywka.
Dzień starcia „oko w oko” z szanowną komisją egzaminacyjną i jej tzw. pytaniami obronnymi.
Dzień zakończenia mej edukacji studenckiej i rozpoczęcia kariery bezrobotnego w Wielkim Mieście.
Dzień, kiedy wreszcie pokażę uniwerkowi łódzkiemu, że od teraz mam go w poważaniu.
Obrona.
Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mi, że będę w dniu jutrzejszym broniła się, bym owego ktosia wyśmiała i wypukała w czoło.
A jednak dałam radę, napisałam w niecałe 3 tygodnie piękną intelektualnie pracę. Pozostaje jedynie obronić ją przed „ciałem” profesorskim.
Jutro, punkt 13…
Walka na piękny umysł.