sobota, 3 stycznia 2015

O roku ów…

2014 rok miłosiernie nam pasujący poszedł w siną dal.
Przed nami nowa era, nowy czas – nastało panowanie 2015 roku.
Jaki będzie?
Czy przyniesie spełnienia pragnień i marzeń naszych, czy otumani nas bezlitośnie, ciskając strugami beznadziei i ułudy?
Oby był jednakowoż lepszy…
Liczę i wierzę w to mocno, mocno.
Chcę bowiem spokoju, chcę stabilizacji, chcę życiowego ogarnięcia.
W końcu 27 lat, jakie skończę w lipcu, nie jest już wiekiem młodzieńczym.
Pora mi iść własną drogą, ku realizacji siebie samej…
Bez balastu przeszłości.
Bez echa niepowodzeń.
Bez krzyku żałości.
Za to z siłą, odwagą i przekonaniem, że jeśli czegoś bardzo chcę -  się to zmaterializuje i spełni.

sobota, 13 grudnia 2014

Paranoja drogowa…

Czwarte podejście do prawa jazdy się zakończyło porażką.
Podobnie jak trzy poprzednie.
Czuję złość na wszystko i wszystkich, ale głównie na samą siebie za rozemocjowanie, za niewyspanie, za stresowanie się, za robienie głupot na egzaminie…
Trafiła mi się bowiem ta sama egzaminatorka co wcześniej.
Dostałam identyczną trasę.
I – o ironio losu – zrobiłam podobny błąd jak na podejściu trzecim.
Ot błahostka – wjazd do bramy przodem i zawrót tyłem.
Ucieszona, że przecie to wszystko wiem i umiem, zagapiłam się, zatraciłam, nie zauważyłam jadącego zza przeciwka auta i – cofając – wymusiłam na owym pojeździe pierwszeństwo.
Zamiast uspokoić się, zatrzymać, ochłonąć i poprosić o drugą próbę zrobiłam z siebie debilkę drogową…
A tymczasem wysiadłam z auta z wynikiem negatywnym.
Gotuję się w sobie.
Zewnętrznie i wewnętrznie.
Zastanawiam się w ogóle, czy dalsze podejścia mają sens.
Czy nadaję się w ogóle na kierowcę, skoro tak prostego manewru, ćwiczonego stokroć, nie umiem zrobić poprawnie…

sobota, 8 listopada 2014

Potyczek drogowych ciąg dalszy…

I nie zdałam tego głupiego egzaminu szosowego. Oblałam nie raz, ale już dwa razy…
Pierwszy raz przez stres i 10 cm wystającego nieprawidłowo boku auta zza linii w tzw. rękawie, drugi raz – przez wariata drogowego, co mi drogę zajechał.
Myślałam, że to już będzie za mną, że się uporam z tym jak najszybciej i będę miała z głowy.
No i dupa i nie się nie udało…
Muszę czekać na kolejny termin.
Wydać następne pieniądze.
Co za paranoja w tym kraju się dzieje, to zakrawa o pomstę do nieba.
Żeby młody człowiek, po studiach, wypruwając żyły i harując za najniższą krajową, musiał jeszcze wydawać grube tysiące na papierek plastikowy, pozwalający na prowadzenie auta i to jeszcze z ograniczonym terminem ważności.
Niby że względy bezpieczeństwa, że badania, że sranie w banię.
Co z tych ostrożności, skoro jak byli pijacy i wariaci drogowi tak będą?
Czemu nie ma po prostu kar surowszych i mandatów większych, tak jak jest w USA?
Piłeś, przekroczyłeś prędkość, miałeś stłuczkę – płacisz np. 10000 zł i tyle.
Masz nauczkę i więcej nie wsiądziesz za kółko po %.
A w Polsce?
Piłeś, dasz łapówkę 50 zł, jesteś posłem/senatorem/artystą masz immunitet, znajomości.
I jeździsz dalej zadowolony łamiąc przepisy drogowe, i wymyślając paradoksalnie nowe ustawy o zmianach w ruchu drogowym.
ZGROZO!

czwartek, 16 października 2014

Prawo jazdy, co sen z powiek spędza…

Od ponad już 3 miesięcy marzę o jednym i tym samym – o ukończeniu kursu prawa jazdy i zdobyciu wymarzonego dokumentu.
Odbyłam już szkolenie teoretyczne, przejeździłam pół miasta z instruktorem, przeszłam przez egzaminy wewnętrzne, nawet państwowa teoria już za mną.
Pozostał ten jeden, najważniejszy jeszcze kurs…
Kurs egzaminacyjny.
To już za tydzień.
7 dni.
I wszystko będzie jasne – czy nadaję się na kierowcę czy nie. Czy wygram ze złośliwością ulic, egzaminatora i skrzyżowań..
Nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę bez emocji patrzeć na samochody z „L” na dachu.
Wszystko kojarzy mi się z jednym…
Nie sądziłam, że tak się tym będę przejmować; normalnie emocje gorsze niż podczas egzaminów na studiach…

niedziela, 5 października 2014

Odbijam się…

I odeszło lato, tak szybko i niepostrzeżenie, jak przybyło. Trochę słońca, trochę burz, trochę porywów serca i zawirowań z dziwnymi ludźmi w robocie.
A tak poza tym, to zwykła rutyna dnia codziennego, która już powoli dobija i wysysa siły witalne. Pragnienie zmiany, pragnienie osiągnięcia czegoś więcej, bije się wespół z myślami, że cała ta pogoń za materią i stanem konta jest ułudą i nietrwałością.
Wyjechać gdzieś daleko, zrobić coś dla siebie, odnaleźć sens swej egzystencji. Do tego wypadałoby wreszcie ogarnąć się emocjonalnie, ustatkować i osiąść gdzieś w ciepłej przystani. Chyba dojrzewam powoli do trwałości; dawny bowiem wstręt do zakorzenienia więzi emocjonalnych z kimś na stałe powoli zanika. Gdzieś, głęboko, głęboko, tlić się zaczyna nutka tęsknoty… Własny dom, rodzina, pies, ogródek, mąż, dziecko?
I tak odbijam się w myślach od mniej więcej trzech miesięcy, od ściany jednych marzeń, do drugich, szepcąc sobie w duchu, że jak tylko uporam się z tym głupim papierkiem na pozwolenie jazdy, to zacznę działać w kierunku lepszego jutra. By nie przespać życia, by nie zmarnować siebie, by nie żałować, że owszem „chciałam” ale nie „zrobiłam”.

piątek, 19 września 2014

Przez upór do marzeń…

Ma18 lat, rodziców lekarzy, wujka prawnika i własne stypendium.
 Nie uznaje komórek, Internetu, komputera. To niepotrzebne wynalazki, które marnotrawią czas, potrzebny do pochłaniania całą sobą wiedzy…Ważność informacji jest zawarta jedynie w opasłych tomach kolejnych wydań: Świata nauki” i encyklopedii z serii „Vademecum Lekarza”.
Korepetycje z 5 przedmiotów owocują wyraźnie na lekcjach. Zawsze gotowa, nauczona. Odpowiada nawet niepytana…
W perspektywie przyszłości widzi siebie jako chirurga z własną przychodnia i gabinetem. Matura to pestka, a na studiach bez problemu prawdopodobnie piąć się będzie po kolejnych szczeblach w drodze do pracy doktorskiej.
Czarne oczy zza grubych szkieł patrzą nieufnie na nowe znajomości. Czarne, ulizane włosy, pozbawione towarzystwa odżywek i markowych szamponów; ubrana w stylu lat zamierzchłych.
Z zasady unika imprez, wypadów do kina, na meetingi integracyjne. Wycieczki klasowe nie są przyjazne. Przyprowadzana do liceum przez mamę, odprowadzana w asyście babci.
Brak nastoletniej radości, uśmiechu, humoru. Uważana za „dziwoląga”, kujona. W ciągu 2,5 lat wspólnej nauki nie ma wciąż przyjaciół, tylko znajomych. Wiedza odgrodziła ja od „rozrywkowej części klasy”; wyalienowała ja. Lecz jej wszystko jedno.
Mimo tego, że kompletnie pozbawia się życia towarzyskiego, nigdy nie rozmawia o czymś innym niż o bieżących lekcjach z przedstawicielami płci przeciwnej z klasy…to jednak troszkę jej zazdrościć można. Bo wie, kim chce być, co chce robić.Rozum dał jej perspektywy na teraźniejszość i przyszłość.

piątek, 5 września 2014

Co mi zostało po anoreksji?

Jako 13/14 latka zachorowałam na ciężką, bardzo trudną do wyleczenia chorobą na duszy i ciele.
Anoreksja – bo tak brzmi jej imię – była ze mną przez kilka dobrych miesięcy. Podstępem i mimochodem opanowywała powoli całą mnie, ucząc głodówek, odchudzania się i wykrętów żywieniowych. Było źle, było słabo, było strasznie. Jednakże silną wolą i ogromnym wsparciem ze strony rodziców udało mi się przezwyciężyć szpony nałogu głodowego i ćwiczeniowego.
Od tamtych chwil minęło ponad 10 lat. Wydawać by się mogło, że wszystko ok, że to co złe minęło. Guzik prawda. Niektóre przywary z dawnych czasów pozostały…
Oto i one:
- wstręt do wagi/ważenia się. Nie mogę mieć w mieszkaniu sprzętu do pomiary masy ciała. W sklepach również przechodzę z dala od półek ze zdrowym stylem życia. Bo samo wspomnienie nałogowego ważenia boli,
- awersja do rozmów, pogawędek o odchudzaniu typu: „Kowalska się odchudza, Nowak się odchudza. A Ty , czemu nie gadasz z nami o dietach?” No szlak wtedy trafia na takie pogaduszki. Jak bym im wypaliła, że wszystkie diety świata tego miałam w jednym palcu i znałam na pamięć tabele kaloryczne, to by zaraz jedna z drugą zamknęła,
- słaby wzrok i arytmia serca. Nie dziwota, że od głodówek wszystko się psuje i rozpada. Jak miałam dobry wzrok w gimnazjum, tak potem się był zepsuł. Teraz mam -4,5 i to wcale nie jest przyjemne… Puls mam również nierówny, serce bije niewymiarowo. Ot uroki odchudzania,
- lęk przed powrotem choroby. To jest chyba najgorsze… Gdy mam doła, gdy mam kiepski humor – zjem sobie batonika, czekoladkę… A potem mam wyrzuty sumienia, że mi tyłek rośnie i znowu będę gruba jak dawniej.
- uraz do komentowania mojego wyglądu/sylwetki. „O Kario, schudłaś? Przytyłaś? Lepiej wyglądasz?”. Uwierzcie mi, nie ma nic gorszego niż gadka do byłej anorektyczki, że przytyła. Bo zawsze gdzieś w takiej anorektyczce, drzemie budzik ostrzegawczy, który może się obudzić pod wpływem takich słów…
Tak więc liczcie się ze słowami.
Niewinna czasem dyskusja/aluzja osobie przy kości może zmienić całe jej życie.
Tak jak to się stało w moim przypadku.
- Jaki ta Karia gruba – ktoś kiedyś rzekł.
-Gruba? Nigdy więcej! – powiedziałam sobie gdy miałam lat 14… i zachorowałam na anoreksję.