czwartek, 22 kwietnia 2010

…o, licencjacie!…

Zbliża się powoli godzina zero, czyli nadchodzi wolnym krokiem termin oddania idealnie dopracowanych i wspaniale uszczegółowionych prac licencjackich.
Co prawda do tego zacnego wydarzenia pozostał wszelako ponad miesiąc z kawałkiem, nie mniej jednak lekka panika ogarnia wszystkich studentów.
Ja mam swej pracy już grubo ponad stron 30, a to dlatego, że ma promotorka jest wielce zachwycona tym co pisze, mało co mi poprawia a co najważniejsze zabroniła mi skracać biografię autora, jakby miała ona wielkie znaczenie. Nie ważne że zajmuje ona 10 stron.
Do końca pracy pozostały mi bodajże dwa rozdziały. Napisanych jest 6 już, jeden do rozbudowania. Wiadomo jednak że i tak wszystko ulegnie pewnie jeszcze ostatecznym poprawkom na koniec, nie mniej jednak chciałabym mieć już to za sobą.
Siedzenie i czytanie w koło Macieju kolejnych mądrych dzieł o Mickiewiczu troszkę mnie wprowadza w stan nadpobudliwy. Pewnie za dużo mądrości przenika do mej głowy.
XXX
Najbardziej dziwię się osobom, co na wieść o licencjacie wybuchają gromkim śmiechem i twierdzą że napiszą go w tydzień.
Nie muszę dodawać że niektórzy jeszcze wcale tematów nie wybrali…
Ale cóż ich sprawa.
Tylko ciekawe jak z tym wszystkim się ogarną na ostatnią chwilę.
 

niedziela, 18 kwietnia 2010

…i będę trendy aż do śmierci…

Dla niektórych bycie trendy tudzież jazzy czy cool w zmieniającej się modzie jest najważniejszym celem w życiu.
Nie liczy się cena danego ciucha, ozdoby czy buta ani stanie w wielkich kolejkach do przymierzalni.
Pieniądze to tylko pieniądze, głupie krążki. Co tam znaczą dwie godziny spędzone w pogoni za jedną bluzką wobec nieskończoności Wszechświata?
Nieważne że rodzice niektórych zarabiają poniżej średniej krajowej…
I tyrają po nadgodzinach.
Na image swej córuchny czy synka trzeba się dołożyć, bo jeszcze nikt go lubić nie będzie…
Są młodzi, niech sobie kupują co chcą.
Trzeba korzystać z życia, modnego życia, póki czas.
Nie można przecież w 21 wieku wciąż nosić spodni z dzwonami, kiedy wyszły już dawno z użycia.
Za nic w świecie się nie założy na nogi butów o wąskich noskach bo to już także przeszłość odchodząca do lamusa.
Bluzki odsłaniające pępek?
Zapomnij…
Teraz to im dłuższa tym lepsza.
Okulary z okrągłymi oprawkami?
Zgiń, przepadnij albo kup sobie takie co ci zasłaniają pół twarzy.
To jest trendy!
A co z włosami na gładko uczesanymi?
To dopiero wieś! Dziś na topie są cieniowania i falowania.
Rajstopy nosisz w ciemnym kolorze?
Idź się schowaj, teraz kolory rządzą!
Róż, fiolet, granat, czerwień…
Tak samo z torebkami.
Czarna to przeżytek…
Teraz liczy się to by zadziwiać przechodniów.
Na topie są torebki w cętki, kropki, postacie z komiksu, czy wielcy artyści.
Im więcej ludzi się obejrzy za tobą na ulicy tym lepiej.
XXX
Ludzie czy naprawdę moda musi być na niektórych na pierwszym miejscu?
A co z innymi, rzeczami mniej przyziemnymi?
Miłość, rodzina, przyjaźń?
Czy to wszystko nie najlepiej sprzedać w zamian za nową zdobycz w kolekcji?
 

wtorek, 13 kwietnia 2010

…kto zawinił?…

Po wypadku samolotu prezydenckiego pojawia się teraz pytanie kogo obarczyć winą za ową tragedię.
Pojawiają się liczne spekulacje że to wina złej pogody i warunków atmosferycznych, co uniemożliwiły pilotom lądowanie za pierwszym razem.
Tu się jednak powstaje pytanie czy aby na pewno to wina pogody?
Przecież piloci byli doświadczeni w swoim fachu.
Na pewno wiele razy przyszło im się zmierzyć z podobnymi trudnościami z czego wychodzili obronną ręką.
Lotnisko było przecież oświetlone, nawet jak na mgłę winno być widoczne z góry.
Ponadto co z różnego rodzaju radarami i nawigacją?
Też by zawiodła?
Ciężko uwierzyć…
Zatem jeśli nie pogoda to co?
Celowy zamach terrorystyczny?
Może ktoś z załogi był w zmowie i przekupiony niczym japońskie kamikadze zdecydował się na jakiś manewr podczas lądowania np. wyrywając pilotowi stery i prowadząc pojazd hen ku zagładzie?
Pozostaje jeszcze  jedna możliwość.
70-rocznica zbrodni katyńskiej.
W Rosji niechętnie się o niej mówiło, przez długie lata zatajając prawdę.
Temat Katynia był tematem tabu.
Może to duchy poległych oficerów były w zmowie z bezlitosnym losem i  tak uradziły razem ,by posyłając załogę prezydenckiego pojazdu powietrznego na śmierć w Smoleńsku w pobliżu miejsca zagłady katyńskiej, sprawić aby zarazem pamięć o tym miejscu już nigdy nie zginęła?
Może potrzeba było takiej tragedii aby mówić jawnie o tym, co się stało 70 lat temu…
Teraz Katyń stał się miejscem podwójnej kaźni.
Tej sprzed lat i tej z 10 kwietnia 2010 roku, tej współczesnej…
  

niedziela, 11 kwietnia 2010

…potrzebna była tragedia?…

Jeszcze nie tak dawno, na każdym prawie portalu plotkarskim można było przeczytać nieprzychylne opinie o parze prezydenckiej i niektórych z osób, co poległy pod Smoleńskiej.
Żartowano się z nich, wyśmiewano, pisano o nieudaczności i głupocie.
Robiono fotomontaże ośmieszające ich wizerunki, układano kawały o wątpliwej jakości.
A teraz co?
Rozbił się samolot i nagle wszystkich oświeciło.
Teraz wielkie rozpaczanie i tragedia narodowa.
Tysiące wpisów do księgi kondolencyjnej, pokazywanie uśmiechniętych zdjęć ofiar tragedii, wychwalanie ich zalet pod niebiosy.
Wpisy oczywiście na każdym blogu w różnych portalach obowiązkowe.
 ”Stała się nam tragedia” i tak dalej.
 Teraz nagle prezydent był świetny, nie okradał Polski, robił wszystko idealnie.
A jego małżonka?
Również wzór cnót i inteligencji.
O reszcie osób nie wspomnę.
Czy naprawdę potrzebna była taka tragedia narodowa by ludzi oświeciło co inni dla nich znaczą?
I na ile to rozpaczanie jest prawdziwe?
Czy takie nagłe zjednoczenie się narodu nie minie równie szybko jak się zaczęło?
Zaraz nastaną kolejne wybory.
„Umarł król niech żyje król” będzie.
Jacy jesteśmy zakłamani…
 
…wieczny odpoczynek…[*]

czwartek, 1 kwietnia 2010

…wiem, wiem…

Wybyłam znowu z bloga.
Powód domyślny – brak czasu.
Wzięłam się bowiem za licencjat i piszę.
Ambitnie.
Mam już około 8 stron i czuję się inteligentna.
Napisze jak znajdę chwilkę.
XXX
  
Do jakiegoś: lipka
Takich jak ty mam w pewnej części ciała gdzie słońce nie dochodzi.
Ciesz się z takiego wyróżnienia.

niedziela, 21 marca 2010

…przychodzi dziecko do kościoła…

Wielu rodziców wychodzi z założenia że edukację chrześcijańską u swoich potomków krzewić winni od najwcześniejszych lat ich życia. Wtedy to przynajmniej z założenia z takich wcześnie uświadamianych religijnie dzieci wyrosną później prawowici chrześcijanie, co swoim przykładem egzystencji dadzą przykład innym.
Najlepszym na to sposobem jest zabieranie takich oto szkrabów do kościoła.
Tam dziecko ma kontakt bezpośredni z metafizyką, dojrzewa intelektualnie a rodzic ma chwilkę spokoju bo nie musi przez tę godzinę baczyć aż tak uważnie na swą pociechę gdyż przecie znajduje się ona pod opieką Boską.
Tylko czasami niekiedy ta opieka Boska w kościele nie wychodzi wszystkim na dobre…
XXX
Niedziela.
Dzień Pański.
Jak co tydzień wybrałam się do kościoła na mszę świętą.
Co prawda kościół był już nieco dobrze zapełniony, bo w końcu trzeba miejsce siedzące znaleźć wcześniej niż reszta a potem patrzeć z wyższością ze spojrzeniem typu „Ha ja siedzę a wy nie!”.
Niemniej jednak udało mi się znaleźć wolne miejsce w o dziwo prawie pustej ławce, zajmowanej li tylko przez pewnego młodego faceta i najwyraźniej jego synka. Brzdąc miał tak na oko mniej więcej dwa latka.
Nim zaczęłam się zastanawiać czemu w tej ławce takie luzy i czy aby na pewno to nie jakiś podstęp, owe dzieciątko do tej pory siedzące grzecznie na kolanach ojca swego i trzymające w ręku autko jakieś,spojrzało się teraz na mnie z anielską miną, wzniosło w rączce zabawkę do góry i zatrzepotało oczami.
Stwierdziłam wtedy w duchu całkowicie rozbrojona że to istny okaz spokoju i nawet może być mu wybaczone że do kościoła bierze samochodziki.
Tymczasem rozpoczęła się msza i przestałam chwilowo zwracać uwagę na sąsiedztwo z ławki.
Ksiądz nader udanie wyintonował pierwszą pieśń, potem rozpoczęło się czytanie.
Wtem usłyszałam dobiegające obok mnie dziwne odgłosy typu „brum brum, bęc bęc łap łap”.
Spozieram wzrokiem w stronę anielskiego brzdąca i jego ojca.
No tak.
Z aniołka wyszedł diabołek.
Malec znudzony widać monologami religijnymi, zsunął się z kolan rodziciela i pochłonął się całkowicie z urządzaniu wyścigów samochodowych na oparciu ławki i (o zgrozo!) w pobliżu mej torby, którą ot tak nagle zsunął na ziemię.
- Bum! – stwierdził radośnie.
Zdębiałam.
- Szuru bruuuum buuum wrrrrrr -z wysuniętym językiem i wyciągniętymi rękami kontynuował swe wyścigi.
Niczym Robert Kubica lawirował między moją torbą a ławką i klęcznikiem.
Wyłączyłam się  na dobre ze słuchania ojca duchownego, podniosłam torbę i przesunęłam się do krawędzi ławki.
Malec się ucieszył najwyraźniej i znowu do mnie się przysuwa.
- Wrrrrrrrrrrrrrrrrr! – na dodatek zaczął tupać nogami i podskakiwać na klęczniku.
Jego ojciec na to nic. Nawet uwagi mu nie zwrócił.
Chrząkam znacząco.
Spojrzał się wtedy na mnie  ze zdziwieniem, a potem na syna swego z miłością w oczach i dalej bez żadnej reakcji.
Ludzie siedzący przed nami i za nami również chrząkają i odwracają się za siebie.
Tatuś nic.
A  jego synalek nadal swoje.
Po męczącym bieganiu w te i we twe na klęczniku oraz szorowaniu oparcia a także mej biednej torby, zmienił taktykę gry i opuścił ławkę.
Ojciec go tylko poklepał po głowie kiedy opuszczał miejsce siedzące.
I teraz się zaczęło.
-Wrrrrr, bum, wziuuuuu!- na cały kościół.
Dzieciątko bowiem rozpoczęło karkołomne biegi od ołtarza do naszej ławki.
Dopiero teraz tatuś, po delikatnej sugestii księdza z ambony że ktoś się tu najwyraźniej nudzi na kazaniu, zareagował na wyczyny swego potomka.Wstał z miejsca i poszedł po synalka, który chwilę się bawił jeszcze z ojcem w „złap mnie jeśli potrafisz”
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!-dziecko się wydarło z głębi trzewia na niesprawiedliwość losu kiedy w końcu zmęczonemu ojcu udało się go złapać.
Myślałam że znowu przyjdą do ławki i będzie zabawa od nowa, ale na szczęście moje i innych, tata z malcem opuścili przybytek kościelny.
Msza się już potem potoczyła normalnym rytmem ale nikt i tak za wiele z niej nie wyniósł.
Wszyscy bowiem półszeptem zaczęli komentować zaistniałą sytuację i ewentualny powtórzenie się całej akcji znowu kiedyś tam.
XXX
Współczuje ojcu tego dziecka.
Choć swoją drogą z takimi brzdącami nie powinno się przychodzić do kościoła,skoro ich bardziej interesuje zabawianie się w Kubicę niż słuchanie słowa Bożego…
Do religii trzeba dorosnąć.
  

środa, 3 marca 2010

…porozmawiajmy o licencjacie…

Praca licencjacka była z założenia od początku studiowania naszym celem numer jeden.
To do tego celu uczono nas znajomości różnego rodzajów stylów językowych i poprawnego posługiwania się gramatyką ojczystą i jej składnią.
Licencjat.
Wykształcenie wyższe.
Jak to poważnie brzmi.
XXX
Do końca drugiego roku nikt sobie nie brał na poważnie owej pracy pisemnej co ma udowodnić nam i postronnym że zasługujemy na dyplom.
Nawet w pierwszym semestrze już trzeciego roku samo wybieranie tematu do tej pracy było jedynie miłą formalnością.
 Ja swój zmieniałam dwa razy jako że po wstępnej konsultacji ze specjalistą i tu nie mam na myśli mojej promotorki której wszystko jest jedno, uznałam że mój pierwszy temat jest za mądry dla mnie (miałam pisać o Norwidzie).
Nie mniej jednak przysłowiowa nagonka abyśmy się wzięli do roboty i pisania rozpoczęła się w semestrze jaki właśnie rozpoczęłam czyli 6.
Może gwoli słuszności powiem że u innych promotorów ta nagonka się rozpoczęła…
Moja pani promotor wyraźnie traktuje nas z przymrużeniem niebieskiego oczka i twierdzi że co napiszemy to będzie dobre.
Mając takie nastawienie u samego promotora nie dziwota że moja grupa nic nie robi.
Ja jednakże zebrałam się w sobie i usiadłam ambitnie nad mym tematem (teraz wałkuje Mickiewicza Adama).
Siedziałam tak pół godziny i dumam.
Jak tu zacząć to dziadowstwo?
Najbardziej standardowo powinno się zaczynać od tego o czym w ogóle będę lała tu wodę. No dobra to jazda. Góra słowników przede mną pode mną i za mną.
Napisałam pierwsze zdanie.
Czuję się mądra.
Napisałam drugie zdanie, a potem trzecie i czwarte.
Zmęczyłam się.
Na dziś starczy.
  
…jak miło się dowiedzieć z wyróżnionej notki że jestem szmaciarą, panną z kompleksami i głupią lalą…;p
Uwielbiam inteligentne rozmowy z ludźmi na poziomie